Makłowicz w podróży

magazyn kulinarny

  • 11.05.2022 07:20- TVP Rozrywka Podróż 18 (67) Słowacja "Za miedzą"
    Spisz, historyczna kraina z pięknymi ...


    Spisz, historyczna kraina z pięknymi zabytkowymi miastami, leży w Słowacji, tuż za miedzą, przy granicy z Polską.
    Warto się tam wybrać, by zobaczyć doskonale zachowane historyczne centrum Lewoczy czy Zamek Spiski.
    Lewocza była niegdyś bogatym miastem rzemieślników i kupców. W wojnach światowych prawie nie ucierpiała, więc przeważa
    tu dawna zabudowa, pamiętająca odległe stulecia. Gdyby nie auta na ulicy, można by pomyśleć, że odbyliśmy podróż w czasie.
    Jako wolne miasto królewskie Lewocza otrzymała wiele handlowych przywilejów, które gwarantowały mieszkańcom wysokie
    zyski i pomnażanie majątków. Stąd w rynku budowle, jakich nie powstydziłyby się dużo słynniejsze miasta w Europie. Przeważa zabudowa renesansowa, ale jej korzenie są jeszcze starsze. Najokazalsza budowla mieści się przy Placu Majstra Pavla.
    Niegdyś należała do szlacheckiego rodu Thurzonów. Są to dwa dawne domy gotyckie sklejone w jeden większy.
    A kim był patron placu, Mistrz Paweł? Niewiele o nim wiadomo, bo dokumenty na jego temat spłonęły w pożarach. Nie znamy
    nawet jego nazwiska ani narodowości. Miał młodą żonę, córkę burmistrza, kilkoro dzieci, w tym syna Łukasza, który nie mógł kontynuować dzieła ojca, bo popełnił zbrodnię i musiał się ukrywać.
    Mistrz Paweł to słynny Paweł z Lewoczy, kolega po fachu Wita Stwosza. W miejscowym kościele św. Jakuba stworzył
    największy drewniany gotycki ołtarz w Europie. Ołtarz ma 6 pięter wysokości i liczy przeszło 500 lat. Cudem ocalał z kilku
    pożarów i wojen. Majestat wnętrza kościoła najlepiej obrazuje wielkość i bogactwo dawnej Lewoczy. Starszy od kościoła
    św. Jakuba jest stojący także przy rynku XIV - wieczny mieszczański dom. Dziś jest tu restauracja Pod Trzema Aposłami.
    Do regionalnych dań podają tutaj lokalne słowackie wino. W Lewoczy Robert zagląda także do sklepu mięsnego, gdzie
    asortyment jest trochę inny niż w Polsce. Podróżnik z Polski częstuje się kiełbasą lewocką paprykowaną naturalnie wędzoną.
    Szlak podróży prowadzi dalej przez Szarysz, gdzie znajduje się zamek i browar. Na Słowacji piwo walczy o prymat z winem,
    ale w tym miejście dobrze jest napić się piwa. Atrakcją dla smakoszy jest regionalne centrum gastronomii, a szczególnie tzw. szałas, czyli sala restauracyjna w stylu regionalnym, gdzie można smacznie zjeść. Szef kuchni poleca miejscowe przysmaki: bryndzowe haluszki, pierogi z bryndzą na słono i słodko, maczankę paryską, szklance na słodko i półmisek wędlin.
    Tuż za miedzą, po polskiej stronie granicy mieści się bacówka - wędzarnia. Granica polsko - słowacka nie jest już dziś żadną przeszkodą, można ją przekroczyć wręcz mimochodem. Robert jest właśnie w Beskidzie Niskim po polskiej stronie, między Konieczną i Zdynią. Z tych okolic pochodzą słynne oscypki lub jak mówią na Słowacji osztiepoki. A zaledwie 30 km stąd
    jest Krynica - Zdrój.
    Miasto Bardejov - po polsku Bardiów - to jedna ze słowackich perełek na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego
    UNESCO. Miasto leży na ważnym w wiekach średnich szlaku handlowym z Polski i Rusi na Bałkany i nad Morze Czarne.
    To kupieckie miasto zbudowało swój dobrobyt m. in. na handlu winami tokajskimi, które wysyłano do Polski. Słynne są także tutejsze lecznice wody zdrojowe. Zapisy potwierdzają, że już XIII wieku było tu uzdrowisko. Do renomy bardejowskich kupeli przyczynił się także pewien nasz rodak, niejaki Tomasz Lisicki, który w XVIII wieku dzięki miejscowym wodom cudownie
    ozdrowiał. Dziś nadal pije się tu wodę dla zdrowia. Robert odwiedza miejscową pijalnię. Bije tu dziewięć źródeł. Osiem z nich wspomaga głównie przemianę materii, ale ostatnie, o nazwie Herkules, jest popularne szczególnie wśród mężczyzn, bo podobno poprawia potencję.


  • 11.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 18 (68) Słowacja "Na wschód"
    Robert Makłowicz zaprasza do wschodniej ...


    Robert Makłowicz zaprasza do wschodniej Słowacji. W podróż wybrał się samochodem. Na miejsce pierwszego
    spotkania z tą piękną i niedaleką krainą krakowski podróżnik i krytyk kulinarny wybiera Medzilaborce, miasto, które
    szczycisię muzeum Andy’ego Warhola. Z tych stron pochodzili rodzice artysty. Rodzinna wieś Warholów nazywa się
    Mikova. Na miejscowym cmentarzu, niedaleko cerkwi, są groby jego krewnych. Andy Warhol, słynny papież pop - artu,
    w kraju przodków nigdy nie był, a pytany skąd pochodzi, zwykle odpowiadał, że znikąd. Ale jego korzenie to właśnie
    wschodnia Słowacja, kraina rusińskich Łemków, którymi byli jego rodzice. Muzeum Warhola leży na szlaku turystycznym
    Artyści Pogranicza. Po polskiej stronie w niedalekim Sanoku można obejrzeć prace Zdzisława Beksińskiego.
    W Mikowej, w łemkowskim anturażu Robert Makłowicz gotuje miejscową specjalność: kluski ze słoniną i bryndzą,
    zwane tutaj strapaczką. Podróż na wschodnią Słowację jest pouczająca również dlatego, że możemy zobaczyć, jak
    wyglądałyby nasze Bieszczady po drugiej stronie granicy, gdyby nie było wysiedleń i czystek etnicznych w ramach
    powojennej "Akcji Wisła".
    Największym miastem wschodniej Słowacji są Koszyce. Urodził się tu węgierski pisarz Sandor Marai. Rodzinne
    miasto opisał w "Wyznaniach patrycjusza". Dumą Koszyc i całej Słowacji jest zbudowana w stylu późnogotyckim
    katedra św. Elżbiety. W Koszycach Makłowicz przyrządza kotlety wieprzowe z leczo. Danie kojarzy się z kuchnią
    węgierską, ale należy do kanonu kuchni słowackiej. Prawdziwa uczta czeka jednak w restauracji Villa Regia. W karcie
    do wyboru: kaczka w czerwonej kapuście, befsztyk wołowy i placki ziemniaczane z grzybami, tokań, czyli polędwica
    wołowa z kiełbaskami i loksze, czyli coś w rodzaju podpłomyków lub naleśników. Do tego wino czerwone o wdzięcznej
    nazwie frankowska modra. Miłośników tego szlachetnego trunku Robert Makłowicz zaprasza do koszyckiej winoteki,
    gdzie miejscowy somelier prezentuje cztery gatunki słowackich win. Wszędzie tam, gdzie sięgała monarchia
    austro - węgierska, obowiązkowym elementem miasta były cukiernie. Tak też jest i w Koszycach. W stylowej cukierni
    Robert Makłowicz zamawia do kawy: strudel makowy z wiśniami, tort Dobosza oraz lindzkie ciasteczka kruche.
    Koszyce żyją nie tylko swoją przeszłością. Miasto szykuje się do organizacji Mistrzostw Świata w hokeju
    na lodzie w 2011 roku, a w roku 2013 ma być Europejską Stolicą Kultury.



  • 12.05.2022 07:15- TVP Rozrywka Podróż 18 (68) Słowacja "Na wschód"
    Robert Makłowicz zaprasza do wschodniej ...


    Robert Makłowicz zaprasza do wschodniej Słowacji. W podróż wybrał się samochodem. Na miejsce pierwszego
    spotkania z tą piękną i niedaleką krainą krakowski podróżnik i krytyk kulinarny wybiera Medzilaborce, miasto, które
    szczycisię muzeum Andy’ego Warhola. Z tych stron pochodzili rodzice artysty. Rodzinna wieś Warholów nazywa się
    Mikova. Na miejscowym cmentarzu, niedaleko cerkwi, są groby jego krewnych. Andy Warhol, słynny papież pop - artu,
    w kraju przodków nigdy nie był, a pytany skąd pochodzi, zwykle odpowiadał, że znikąd. Ale jego korzenie to właśnie
    wschodnia Słowacja, kraina rusińskich Łemków, którymi byli jego rodzice. Muzeum Warhola leży na szlaku turystycznym
    Artyści Pogranicza. Po polskiej stronie w niedalekim Sanoku można obejrzeć prace Zdzisława Beksińskiego.
    W Mikowej, w łemkowskim anturażu Robert Makłowicz gotuje miejscową specjalność: kluski ze słoniną i bryndzą,
    zwane tutaj strapaczką. Podróż na wschodnią Słowację jest pouczająca również dlatego, że możemy zobaczyć, jak
    wyglądałyby nasze Bieszczady po drugiej stronie granicy, gdyby nie było wysiedleń i czystek etnicznych w ramach
    powojennej "Akcji Wisła".
    Największym miastem wschodniej Słowacji są Koszyce. Urodził się tu węgierski pisarz Sandor Marai. Rodzinne
    miasto opisał w "Wyznaniach patrycjusza". Dumą Koszyc i całej Słowacji jest zbudowana w stylu późnogotyckim
    katedra św. Elżbiety. W Koszycach Makłowicz przyrządza kotlety wieprzowe z leczo. Danie kojarzy się z kuchnią
    węgierską, ale należy do kanonu kuchni słowackiej. Prawdziwa uczta czeka jednak w restauracji Villa Regia. W karcie
    do wyboru: kaczka w czerwonej kapuście, befsztyk wołowy i placki ziemniaczane z grzybami, tokań, czyli polędwica
    wołowa z kiełbaskami i loksze, czyli coś w rodzaju podpłomyków lub naleśników. Do tego wino czerwone o wdzięcznej
    nazwie frankowska modra. Miłośników tego szlachetnego trunku Robert Makłowicz zaprasza do koszyckiej winoteki,
    gdzie miejscowy somelier prezentuje cztery gatunki słowackich win. Wszędzie tam, gdzie sięgała monarchia
    austro - węgierska, obowiązkowym elementem miasta były cukiernie. Tak też jest i w Koszycach. W stylowej cukierni
    Robert Makłowicz zamawia do kawy: strudel makowy z wiśniami, tort Dobosza oraz lindzkie ciasteczka kruche.
    Koszyce żyją nie tylko swoją przeszłością. Miasto szykuje się do organizacji Mistrzostw Świata w hokeju
    na lodzie w 2011 roku, a w roku 2013 ma być Europejską Stolicą Kultury.



  • 12.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 18 (69) Słowacja "Kraina wina"
    Robert Makłowicz zaprasza w podróż ...


    Robert Makłowicz zaprasza w podróż do słowackiej krainy win, czyli Małokarpackiego Okręgu Winiarskiego,
    położonego na północ od Bratysławy. Malokarpacka Vinna Oblast to chluba słowackiego winiarstwa i jeden z najlepszych
    terenów do uprawy winorośli w tej części Europy. Działają tu tradycyjne małe winiarnie, jakich wiele np. w okolicach miast
    Modra i Pezinok, ale także wielkie, nowoczesne zakłady, powołane do życia przez międzynarodowy kapitał.
    Modra to bardzo ważny punkt na tym szlaku, zwłaszcza w maju i listopadzie, kiedy to w czasie Dni Otwartych Piwnic,
    można odwiedzac tutejsze winiarnie ze specjalnym paszportem. Zbiera się w nim stempelki z miejsc kolejnych degustacji.
    Równie wiele winiarni, a właściwie piwnic winnych jest w Pezinku. Najważniejsza znajduje się w piwnicach XIV - wiecznego
    zamku. Jest to ekspozycja Narodowego Salonu Win Słowackich, który prezentuje wszystkie słowackie regiony winne i ich
    produkty. W odpowiednio chłodnej i wilgotnej piwnicy można też wynająć specjalne pomieszczenie do przechowywania
    własnej kolekcji win. Kto się na winach nie zna, może sobie wybrać swoje ulubione na podstawie wyglądu winogron i liści
    winorośli, a są tu pokazane wszystkie szczepy uprawiane na Słowacji. Zachęcająco wygląda np. rulandskie biele.
    Kolejny etap podróży po wschodniej Słowacji to Bratysława, która reklamuje się hasłem "Wielkie małe miasto".
    Ważne elementy w przestrzeni słowackiej stolicy to Dunaj, zamek, katedra św. Marcina i Nowy Most, zwany niegdyś
    Mostem Słowackiego Powstania Narodowego. Na jego pylonach - co zauważa nasz kulinarny podróżnik - charakterystyczny
    spodek, czyli znak restauracji UFO. A w słowackich restauracjach najczęściej podawany jest gulasz.
    Bratysławska Starówka została pieczołowicie odnowiona. Dawny pałac księcia Erdedy’ego został zamieniony
    w kompleks restauracyjny. Wewnętrzny dziedziniec przykryto szklanym dachem. Na ścianach wiszą dyplomy, które
    zdobyła restauracja. Przez otwór w ścianie widać kuchnię i jej zapracowany personel. Dalej jest winoteka, a za nią kolejna restauracja o ciekawej nazwie Camouflage. Przed drzwiami rzeźba siedzącego przy stoliku Andy’ego Warhola. W restauracji
    gotuje pan Jaroslav Židek, który zdobył tytuł najlepszego szefa kuchni na Słowacji roku 2010. Obok restauracji sklepik
    z delikatesami wytwarzanymi na miejscu. Przychodzą tutaj smakosze z całej Bratysławy i oczywiście turyści.

  • 13.05.2022 07:20- TVP Rozrywka Podróż 18 (69) Słowacja "Kraina wina"
    Robert Makłowicz zaprasza w podróż ...


    Robert Makłowicz zaprasza w podróż do słowackiej krainy win, czyli Małokarpackiego Okręgu Winiarskiego,
    położonego na północ od Bratysławy. Malokarpacka Vinna Oblast to chluba słowackiego winiarstwa i jeden z najlepszych
    terenów do uprawy winorośli w tej części Europy. Działają tu tradycyjne małe winiarnie, jakich wiele np. w okolicach miast
    Modra i Pezinok, ale także wielkie, nowoczesne zakłady, powołane do życia przez międzynarodowy kapitał.
    Modra to bardzo ważny punkt na tym szlaku, zwłaszcza w maju i listopadzie, kiedy to w czasie Dni Otwartych Piwnic,
    można odwiedzac tutejsze winiarnie ze specjalnym paszportem. Zbiera się w nim stempelki z miejsc kolejnych degustacji.
    Równie wiele winiarni, a właściwie piwnic winnych jest w Pezinku. Najważniejsza znajduje się w piwnicach XIV - wiecznego
    zamku. Jest to ekspozycja Narodowego Salonu Win Słowackich, który prezentuje wszystkie słowackie regiony winne i ich
    produkty. W odpowiednio chłodnej i wilgotnej piwnicy można też wynająć specjalne pomieszczenie do przechowywania
    własnej kolekcji win. Kto się na winach nie zna, może sobie wybrać swoje ulubione na podstawie wyglądu winogron i liści
    winorośli, a są tu pokazane wszystkie szczepy uprawiane na Słowacji. Zachęcająco wygląda np. rulandskie biele.
    Kolejny etap podróży po wschodniej Słowacji to Bratysława, która reklamuje się hasłem "Wielkie małe miasto".
    Ważne elementy w przestrzeni słowackiej stolicy to Dunaj, zamek, katedra św. Marcina i Nowy Most, zwany niegdyś
    Mostem Słowackiego Powstania Narodowego. Na jego pylonach - co zauważa nasz kulinarny podróżnik - charakterystyczny
    spodek, czyli znak restauracji UFO. A w słowackich restauracjach najczęściej podawany jest gulasz.
    Bratysławska Starówka została pieczołowicie odnowiona. Dawny pałac księcia Erdedy’ego został zamieniony
    w kompleks restauracyjny. Wewnętrzny dziedziniec przykryto szklanym dachem. Na ścianach wiszą dyplomy, które
    zdobyła restauracja. Przez otwór w ścianie widać kuchnię i jej zapracowany personel. Dalej jest winoteka, a za nią kolejna restauracja o ciekawej nazwie Camouflage. Przed drzwiami rzeźba siedzącego przy stoliku Andy’ego Warhola. W restauracji
    gotuje pan Jaroslav Židek, który zdobył tytuł najlepszego szefa kuchni na Słowacji roku 2010. Obok restauracji sklepik
    z delikatesami wytwarzanymi na miejscu. Przychodzą tutaj smakosze z całej Bratysławy i oczywiście turyści.

  • 13.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 19 (70) Macedonia "Droga przez Bałkany"
    Robert Makłowicz podróżuje na Bałkany. ...


    Robert Makłowicz podróżuje na Bałkany. Chce zwiedzić Macedonię. Żeby tam dotrzeć, przejedzie samochodem
    przez Czarnogórę i Albanię. Podróż przez Czarnogórę jest krótka, a droga, która tam prowadzi jest wyjątkowo piękna.
    Z Kotoru do Podgoricy trzeba jechać starą górską drogą, bardzo krętą, nad jedynym w swoim rodzaju śródziemnomorskim
    fiordem. Widoki po drodze są nieziemskie. W czasie postoju Robert Makłowicz przyrządzi potrawę wspólną dla wszystkich
    krajów bałkańskich, z ulubionym w tym regionie warzywem - papryką.
    Kolejny etap podróży to Albania. Robert Makłowicz jedzie brzegiem Jeziora Szkoderskiego. Jest to akwen graniczny
    między Czarnogórą i Albanią. Być może kiedyś, gdy Albania postawi na masową turystykę, na plaży nad Jeziorem
    Szkoderskim wyrośnie gąszcz hoteli. Na razie jest tu tylko dzikość i natura, ale w przydrożnej kawiarence można wypić
    bardzo dobre espresso. We wszystkich przewodnikach piszą, że drogi w Albanii są fatalne. Makłowicz twierdzi, że główne
    szlaki mają nawierzchnię nie gorszą niż w Polsce. W dodatku można przy nich znaleźć całkiem okazałe restauracje.
    Zatrzymał się przy jednej z nich o nazwie Kalaja Balle. Właściciel zaprosił go kuchni, która mieści się w podziemiu.
    Nad paleniskiem piekło się jagnię w całości. Robert Makłowicz zamówił jednak coś lżejszego: sałatki, kwaśną zupę, ćorbę,
    szisz kebab i pilaw z kury z kaszą. Degustacja odbyła się na tarasie restauracji.
    Jezioro Ochrydzkie najstarsze i najgłębsze na Bałkanach leży między Albanią a Macedonią. Od przejścia granicznego
    do Skopje jest już tylko 200 km. Po macedońskiej stronie mieszka sporo Albańczyków. Zachowali oni tradycyjny model
    wielodzietnej rodziny i raczej nie asymilują się w miejscowym społeczeństwie, tworząc zamknięte kolonie. Robert odwiedza
    albańską wieś w okolicy Kiczewa. Rejon między Kiczewem a Strugą to zagłębie macedońskiego pszczelarstwa. Miód można
    kupić w przydrożnym stoisku bezpośrednio od wytwórców. Dodany do kwaśnego mleka stanowi w Macedonii znakomite danie śniadaniowe.
    Posilony Robert Makłowicz wyrusza w drogę do Skopje. Kiedy zjeżdża się z gór, droga do stolicy kraju zamienia się
    w wygodną autostradę. Miasto leży w kotlinie, a klimat bałkańskokontynentalny sprawia, że nawet jesienią panują tu upały.
    Panorama stolicy nie jest specjalnie imponująca, ale trzeba pamiętać, że Skopje zostało zniszczone przez tragiczne trzęsienie
    ziemi. W restauracji Mulino Robert Makłowicz wraz z ekipą spędza bardzo miły wieczór. Na apetyt pije szklaneczkę anyżowej
    mastiki, do której podaje się tu meze, czyli przystawki.

  • 16.05.2022 07:15- TVP Rozrywka Podróż 19 (70) Macedonia "Droga przez Bałkany"
    Robert Makłowicz podróżuje na Bałkany. ...


    Robert Makłowicz podróżuje na Bałkany. Chce zwiedzić Macedonię. Żeby tam dotrzeć, przejedzie samochodem
    przez Czarnogórę i Albanię. Podróż przez Czarnogórę jest krótka, a droga, która tam prowadzi jest wyjątkowo piękna.
    Z Kotoru do Podgoricy trzeba jechać starą górską drogą, bardzo krętą, nad jedynym w swoim rodzaju śródziemnomorskim
    fiordem. Widoki po drodze są nieziemskie. W czasie postoju Robert Makłowicz przyrządzi potrawę wspólną dla wszystkich
    krajów bałkańskich, z ulubionym w tym regionie warzywem - papryką.
    Kolejny etap podróży to Albania. Robert Makłowicz jedzie brzegiem Jeziora Szkoderskiego. Jest to akwen graniczny
    między Czarnogórą i Albanią. Być może kiedyś, gdy Albania postawi na masową turystykę, na plaży nad Jeziorem
    Szkoderskim wyrośnie gąszcz hoteli. Na razie jest tu tylko dzikość i natura, ale w przydrożnej kawiarence można wypić
    bardzo dobre espresso. We wszystkich przewodnikach piszą, że drogi w Albanii są fatalne. Makłowicz twierdzi, że główne
    szlaki mają nawierzchnię nie gorszą niż w Polsce. W dodatku można przy nich znaleźć całkiem okazałe restauracje.
    Zatrzymał się przy jednej z nich o nazwie Kalaja Balle. Właściciel zaprosił go kuchni, która mieści się w podziemiu.
    Nad paleniskiem piekło się jagnię w całości. Robert Makłowicz zamówił jednak coś lżejszego: sałatki, kwaśną zupę, ćorbę,
    szisz kebab i pilaw z kury z kaszą. Degustacja odbyła się na tarasie restauracji.
    Jezioro Ochrydzkie najstarsze i najgłębsze na Bałkanach leży między Albanią a Macedonią. Od przejścia granicznego
    do Skopje jest już tylko 200 km. Po macedońskiej stronie mieszka sporo Albańczyków. Zachowali oni tradycyjny model
    wielodzietnej rodziny i raczej nie asymilują się w miejscowym społeczeństwie, tworząc zamknięte kolonie. Robert odwiedza
    albańską wieś w okolicy Kiczewa. Rejon między Kiczewem a Strugą to zagłębie macedońskiego pszczelarstwa. Miód można
    kupić w przydrożnym stoisku bezpośrednio od wytwórców. Dodany do kwaśnego mleka stanowi w Macedonii znakomite danie śniadaniowe.
    Posilony Robert Makłowicz wyrusza w drogę do Skopje. Kiedy zjeżdża się z gór, droga do stolicy kraju zamienia się
    w wygodną autostradę. Miasto leży w kotlinie, a klimat bałkańskokontynentalny sprawia, że nawet jesienią panują tu upały.
    Panorama stolicy nie jest specjalnie imponująca, ale trzeba pamiętać, że Skopje zostało zniszczone przez tragiczne trzęsienie
    ziemi. W restauracji Mulino Robert Makłowicz wraz z ekipą spędza bardzo miły wieczór. Na apetyt pije szklaneczkę anyżowej
    mastiki, do której podaje się tu meze, czyli przystawki.

  • 16.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 19 (71) Macedonia "W stolicy"
    Był 26 lipca 1963 roku, ...


    Był 26 lipca 1963 roku, godz. 5.17 rano. Mieszkańcy Skopje, stolicy Macedonii, byli pogrążeni we śnie, kiedy
    zatrzęsła się ziemia. W gruzach legło trzy czwarte miasta. Ponad tysiąc ludzi zginęło, ponad sto tysięcy zostało bez dachu
    nad głową. Przywódca ówczesnej socjalistycznej Jugosławii, Josip Broz Tito, obiecał wówczas, że Skopje znów będzie
    pięknym miastem. Ofiarna międzynarodowa pomoc pozwoliła stolicy szybko dźwignąć się z ruin. Odbudowane miasto
    w znacznym stopniu zmieniło swój charakter, ale najważniejsze zabytki ocalały.
    Kamienny most na rzece Wardar został zbudowany w połowie XV wieku nakazem tureckiego sułtana Mehmeda II
    Zdobywcy. Piękny, ponad 200 - metrowy most jest dzisiaj symbolem Skopje. Zaś symbolem całego kraju jest Wardar,
    najdłuższa rzeka Macedonii Wardarskiej. Rzeka przecina Macedonię na pół i uchodzi pod Salonikami do Morza Egejskiego.
    Most łączy dwa ważne punkty miasta. Na zachodnim brzegu znajduje się plac Macedonii, nowe centrum Skopje.
    Na wschodnim zaś rozciąga się Stara Czarszija. Jest to dawna muzułmańska dzielnica handlowa. Szczęśliwie nie uległa
    poważnym zniszczeniom w czasie trzęsienia ziemi. Czarszija to po turecku bazar. I rzeczywiście jest tu bazar. Podobno
    po bagdadzkim i stambulskim jest to najwspanialszy tego typu targ w Europie! Przy wejściu do dzielnicy stoi dawna
    turecka łaźnia, która pełni dziś funkcję galerii sztuki.
    W Starej Czarsziji Robert wstępuje do lokalu, w którym można zamówić słynny turecki kebab. Wszędzie tam, gdzie
    rozciągało się imperium tureckie, do dzisiaj jada się kebab. Prawdziwy, nie taki erzatz, jaki znamy z Polski. W Macedonii
    kebab nazywa się kebabcze (w liczbie mnogiej kebabczinia), a miejsce, w którym go podają to kebabczilnica. Ta działa
    już od 100 lat i jest najsłynniejsza w starej dzielnicy, w ktorej nie brakuje też cukierni. W jednej z nich Robert zamawia
    miejscowy deser, czyli baklawę. Na Starym Bazarze trudno uciec od jedzenia. Na dziedzińcu dawnego tureckiego zajazdu
    z XV wieku jest dziś restauracja. Tak samo było kilka wieków temu, kiedy mieścił się tu karawanseraj, czyli turecki zajazd
    dla podróżnych i kupców. W stajniach na dole były miejsca dla koni, mułów, osłów i wielbłądów; na górze spali ludzie.
    To bardzo stary dom, ale nie muzeum, nadal jest pełen życia. Nieopodal meczetu, tuż przed fontanną Robert przyrządza
    sziketo, czyli jagnięcinę z warzywami.
    Atrakcyjnymi miejscami w starej dzielnicy są winiarnie i winoteki. W jednej z nich Robert degustuje pięć wybranych
    win macedońskich: temjanikę, chardonnay, stanuszinę dark rose, merlot i vranec.
    Przy bulwarze Macedonii, który uchodzi za główny deptak miasta znajduje się muzeum i pomnik Matki Teresy z Kalkuty.
    Ta skromna zakonnica, a zarazem jedna z najwspanialszych postaci współczesności była pół - Albanką i pochodziła ze
    Skopje.
    Po trzęsieniu ziemi rozpisano międzynarodowy konkurs na projekt odbudowy miasta. Wygrał go światowej sławy
    japoński architekt Kenzo Tange i to jemu powierzono stworzenie wielu gmachów dzisiejszej stolicy. Te betonowe bryły
    nie przetrwały jednak próby czasu i dziś Skopje znów jest wielkim placem budowy. Za parę lat zobaczymy zupełnie nowe
    miasto.
    Po zmroku w starej dzielnicy zaczyna tętnić prawdziwe życie. Ludzie wylegają na ulice, żeby być wśród innych.
    Kawiarnie i bary pękają w szwach. Wszyscy chcą uczestniczyć w wielkim teatrum ulicznym.

  • 17.05.2022 07:15- TVP Rozrywka Podróż 19 (71) Macedonia "W stolicy"
    Był 26 lipca 1963 roku, ...


    Był 26 lipca 1963 roku, godz. 5.17 rano. Mieszkańcy Skopje, stolicy Macedonii, byli pogrążeni we śnie, kiedy
    zatrzęsła się ziemia. W gruzach legło trzy czwarte miasta. Ponad tysiąc ludzi zginęło, ponad sto tysięcy zostało bez dachu
    nad głową. Przywódca ówczesnej socjalistycznej Jugosławii, Josip Broz Tito, obiecał wówczas, że Skopje znów będzie
    pięknym miastem. Ofiarna międzynarodowa pomoc pozwoliła stolicy szybko dźwignąć się z ruin. Odbudowane miasto
    w znacznym stopniu zmieniło swój charakter, ale najważniejsze zabytki ocalały.
    Kamienny most na rzece Wardar został zbudowany w połowie XV wieku nakazem tureckiego sułtana Mehmeda II
    Zdobywcy. Piękny, ponad 200 - metrowy most jest dzisiaj symbolem Skopje. Zaś symbolem całego kraju jest Wardar,
    najdłuższa rzeka Macedonii Wardarskiej. Rzeka przecina Macedonię na pół i uchodzi pod Salonikami do Morza Egejskiego.
    Most łączy dwa ważne punkty miasta. Na zachodnim brzegu znajduje się plac Macedonii, nowe centrum Skopje.
    Na wschodnim zaś rozciąga się Stara Czarszija. Jest to dawna muzułmańska dzielnica handlowa. Szczęśliwie nie uległa
    poważnym zniszczeniom w czasie trzęsienia ziemi. Czarszija to po turecku bazar. I rzeczywiście jest tu bazar. Podobno
    po bagdadzkim i stambulskim jest to najwspanialszy tego typu targ w Europie! Przy wejściu do dzielnicy stoi dawna
    turecka łaźnia, która pełni dziś funkcję galerii sztuki.
    W Starej Czarsziji Robert wstępuje do lokalu, w którym można zamówić słynny turecki kebab. Wszędzie tam, gdzie
    rozciągało się imperium tureckie, do dzisiaj jada się kebab. Prawdziwy, nie taki erzatz, jaki znamy z Polski. W Macedonii
    kebab nazywa się kebabcze (w liczbie mnogiej kebabczinia), a miejsce, w którym go podają to kebabczilnica. Ta działa
    już od 100 lat i jest najsłynniejsza w starej dzielnicy, w ktorej nie brakuje też cukierni. W jednej z nich Robert zamawia
    miejscowy deser, czyli baklawę. Na Starym Bazarze trudno uciec od jedzenia. Na dziedzińcu dawnego tureckiego zajazdu
    z XV wieku jest dziś restauracja. Tak samo było kilka wieków temu, kiedy mieścił się tu karawanseraj, czyli turecki zajazd
    dla podróżnych i kupców. W stajniach na dole były miejsca dla koni, mułów, osłów i wielbłądów; na górze spali ludzie.
    To bardzo stary dom, ale nie muzeum, nadal jest pełen życia. Nieopodal meczetu, tuż przed fontanną Robert przyrządza
    sziketo, czyli jagnięcinę z warzywami.
    Atrakcyjnymi miejscami w starej dzielnicy są winiarnie i winoteki. W jednej z nich Robert degustuje pięć wybranych
    win macedońskich: temjanikę, chardonnay, stanuszinę dark rose, merlot i vranec.
    Przy bulwarze Macedonii, który uchodzi za główny deptak miasta znajduje się muzeum i pomnik Matki Teresy z Kalkuty.
    Ta skromna zakonnica, a zarazem jedna z najwspanialszych postaci współczesności była pół - Albanką i pochodziła ze
    Skopje.
    Po trzęsieniu ziemi rozpisano międzynarodowy konkurs na projekt odbudowy miasta. Wygrał go światowej sławy
    japoński architekt Kenzo Tange i to jemu powierzono stworzenie wielu gmachów dzisiejszej stolicy. Te betonowe bryły
    nie przetrwały jednak próby czasu i dziś Skopje znów jest wielkim placem budowy. Za parę lat zobaczymy zupełnie nowe
    miasto.
    Po zmroku w starej dzielnicy zaczyna tętnić prawdziwe życie. Ludzie wylegają na ulice, żeby być wśród innych.
    Kawiarnie i bary pękają w szwach. Wszyscy chcą uczestniczyć w wielkim teatrum ulicznym.

  • 17.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 19 (72) Macedonia "Stare wino"
    Od czasów Aleksandra Wielkiego minęło ...


    Od czasów Aleksandra Wielkiego minęło niemal dwadzieścia stuleci i nazwa Macedonia znów pojawiła się na mapie
    Europy. Oczywiście młode państwo utworzone w 1991 roku z byłej republiki jugosłowiańskiej ma ze starożytną Macedonią
    niewiele wspólnego, a dzisiejszych Macedończyków trudno uznać za potomków Aleksandra Wielkiego. Grecy wciąż
    jeszcze nie chcą uznać nazwy Macedonia, bo mają własny region zwany Macedonią Egejską.
    Szlak podróży Roberta Makłowicza wiedzie przez malowniczą i żyzną dolinę Wardaru, gdzie spotykają się dwie
    płyty tektoniczne: stare góry Rodopy i młodsze Dynarskie. W latach 30. XX wieku serbscy archeolodzy odkryli tutaj
    ruiny antycznego miasta Stobi, które później, w czasach rzymskich, było stolicą prowincji Macedonia Salutaris.
    Do dziś zachowały się pozostałości antycznego teatru, który pochodzi z II wieku oraz o 200 lat młodszej bazyliki.
    Zwiedzający mogą zobaczyć dobrze zachowaną chrzcielnicę i mozaiki z motywem pawia, odkryte przypadkiem,
    kiedy Bułgarzy i Niemcy kopali tu bunkry w czasie II wojny światowej. W starożytności przebiegał tędy szlak
    handlowy. Co ciekawe, z Salonik na północ Europy transportowano głównie sól. W tej pięknej scenerii Robert Makłowicz
    przyrządzi narodowe macedońskie danie - tave grave.
    Jeszcze starsze niż ruiny Stobi są macedońskie tradycje winiarskie. Jak dowodzą odkrycia archeologiczne,
    szlachetny trunek tłoczono na tych ziemiach już 13 wieków przed Chrystusem. Tysiąc lat później jego wielbicielami
    byli wielcy antyczni Macedończycy: Filip II i jego syn Aleksander. Może to właśnie dionizjak z tutejszych winnic
    natchnął ich siłą i wyobraźnią, które pozwoliły im stworzyć imperium, podbić Grecję, a potem Persję, czyli pół
    ówczesnego świata.
    Winorośl uprawiano w dolinie Wardaru nawet w czasie długiego panowania tureckiego. W socjalistycznej Jugosławii
    produkcja wina została znacjonalizowana, ale uprawa winorośli pozostała w rękach prywatnych. Właściciele winnic odstawiali zebrane plony do punktów skupu, skąd kierowano je do przerobu w jednej z 13 wielkich państwowych tłocznio - fermentatornio - butelkowni.
    Przed kompleksem winiarsko - hotelarskim Popova Kula Robert Makłowicz uczestniczy w prezentacji wspaniałych
    miejscowych win. Zgodnie z nowymi tendencjami panującymi w branży winiarskiej, w Popovej Kuli otworzono restaurację,
    w której do miejscowego wina można zamówić coś z tradycyjnej macedońskiej kuchni. Robert degustuje kilka dań: turli tavę,
    pindżur, pieczone bakłażany i tarator, do których podano wino o nazwie Vranec.
    Podróż wzdłuż rzeki Wardar dostarcza niezwykłych wrażeń. Malowniczy wyrzeźbiony w skałach wąwóz o nazwie Demir
    Kapija, co znaczy żelazne wrota, był w czasie pierwszego najazdu tureckiego strategicznym punktem obrony macedońskiej.
    W czasie II wojny światowej Niemcy przebili tutaj tunel drogowy, z którego miejscowi korzystają do dzisiaj. Ale już od czasów
    I wojny światowej istniał tu inny tunel, wybudowany również przez Niemców. Dzisiaj nie pełni już funkcji komunikacyjnych,
    ale spożywcze. Przeszło 100 metrów skalnego korytarza wypełnia hodowla pieczarek. Współcześnie miejsce to również ma
    znaczenie strategiczne. Biegnąca tędy linia kolejowa łączy Macedonię z resztą świata.
    Demir Kapija to także nazwa miasteczka położonego w dolinie. W 1913 roku zostało ono zniszczone przez trzęsienie
    ziemi. Należało wówczas do królestwa Serbii i dzięki pomocy monarchii podniosło się z gruzów. Dziś główna ulica nosi imię
    Josipa Broz Tito. To przejaw nostalgii do socjalistycznej Jugosławii. Ludzie pamiętają, jak dobrze im się wtedy żyło.
    W centrum miasteczka na ulicy przed kawiarnią Robert Makłowicz przygotuje miejscową specjalność: polnetki piperki,
    czyli paprykę faszerowaną.

  • 18.05.2022 07:15- TVP Rozrywka Podróż 19 (72) Macedonia "Stare wino"
    Od czasów Aleksandra Wielkiego minęło ...


    Od czasów Aleksandra Wielkiego minęło niemal dwadzieścia stuleci i nazwa Macedonia znów pojawiła się na mapie
    Europy. Oczywiście młode państwo utworzone w 1991 roku z byłej republiki jugosłowiańskiej ma ze starożytną Macedonią
    niewiele wspólnego, a dzisiejszych Macedończyków trudno uznać za potomków Aleksandra Wielkiego. Grecy wciąż
    jeszcze nie chcą uznać nazwy Macedonia, bo mają własny region zwany Macedonią Egejską.
    Szlak podróży Roberta Makłowicza wiedzie przez malowniczą i żyzną dolinę Wardaru, gdzie spotykają się dwie
    płyty tektoniczne: stare góry Rodopy i młodsze Dynarskie. W latach 30. XX wieku serbscy archeolodzy odkryli tutaj
    ruiny antycznego miasta Stobi, które później, w czasach rzymskich, było stolicą prowincji Macedonia Salutaris.
    Do dziś zachowały się pozostałości antycznego teatru, który pochodzi z II wieku oraz o 200 lat młodszej bazyliki.
    Zwiedzający mogą zobaczyć dobrze zachowaną chrzcielnicę i mozaiki z motywem pawia, odkryte przypadkiem,
    kiedy Bułgarzy i Niemcy kopali tu bunkry w czasie II wojny światowej. W starożytności przebiegał tędy szlak
    handlowy. Co ciekawe, z Salonik na północ Europy transportowano głównie sól. W tej pięknej scenerii Robert Makłowicz
    przyrządzi narodowe macedońskie danie - tave grave.
    Jeszcze starsze niż ruiny Stobi są macedońskie tradycje winiarskie. Jak dowodzą odkrycia archeologiczne,
    szlachetny trunek tłoczono na tych ziemiach już 13 wieków przed Chrystusem. Tysiąc lat później jego wielbicielami
    byli wielcy antyczni Macedończycy: Filip II i jego syn Aleksander. Może to właśnie dionizjak z tutejszych winnic
    natchnął ich siłą i wyobraźnią, które pozwoliły im stworzyć imperium, podbić Grecję, a potem Persję, czyli pół
    ówczesnego świata.
    Winorośl uprawiano w dolinie Wardaru nawet w czasie długiego panowania tureckiego. W socjalistycznej Jugosławii
    produkcja wina została znacjonalizowana, ale uprawa winorośli pozostała w rękach prywatnych. Właściciele winnic odstawiali zebrane plony do punktów skupu, skąd kierowano je do przerobu w jednej z 13 wielkich państwowych tłocznio - fermentatornio - butelkowni.
    Przed kompleksem winiarsko - hotelarskim Popova Kula Robert Makłowicz uczestniczy w prezentacji wspaniałych
    miejscowych win. Zgodnie z nowymi tendencjami panującymi w branży winiarskiej, w Popovej Kuli otworzono restaurację,
    w której do miejscowego wina można zamówić coś z tradycyjnej macedońskiej kuchni. Robert degustuje kilka dań: turli tavę,
    pindżur, pieczone bakłażany i tarator, do których podano wino o nazwie Vranec.
    Podróż wzdłuż rzeki Wardar dostarcza niezwykłych wrażeń. Malowniczy wyrzeźbiony w skałach wąwóz o nazwie Demir
    Kapija, co znaczy żelazne wrota, był w czasie pierwszego najazdu tureckiego strategicznym punktem obrony macedońskiej.
    W czasie II wojny światowej Niemcy przebili tutaj tunel drogowy, z którego miejscowi korzystają do dzisiaj. Ale już od czasów
    I wojny światowej istniał tu inny tunel, wybudowany również przez Niemców. Dzisiaj nie pełni już funkcji komunikacyjnych,
    ale spożywcze. Przeszło 100 metrów skalnego korytarza wypełnia hodowla pieczarek. Współcześnie miejsce to również ma
    znaczenie strategiczne. Biegnąca tędy linia kolejowa łączy Macedonię z resztą świata.
    Demir Kapija to także nazwa miasteczka położonego w dolinie. W 1913 roku zostało ono zniszczone przez trzęsienie
    ziemi. Należało wówczas do królestwa Serbii i dzięki pomocy monarchii podniosło się z gruzów. Dziś główna ulica nosi imię
    Josipa Broz Tito. To przejaw nostalgii do socjalistycznej Jugosławii. Ludzie pamiętają, jak dobrze im się wtedy żyło.
    W centrum miasteczka na ulicy przed kawiarnią Robert Makłowicz przygotuje miejscową specjalność: polnetki piperki,
    czyli paprykę faszerowaną.

  • 18.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 19 (73) Macedonia "Jezioro Ochrydzkie"
    Brak dostępu do morza rekompensuje ...


    Brak dostępu do morza rekompensuje Macedończykom czyste i piękne Jezioro Ochrydzkie. Ochryd - takiej nazwy
    też się używa - jest jeziorem tektonicznym, najstarszym w Europie i najgłębszym na Bałkanach. Jezioro stanowi naturalną
    granicę z Albanią. Jego imponującą panoramę można podziwiać z masywu Galiczyca. W jeziorze żyje poszukiwany
    endemiczny pstrąg ochrydzki. Od trzech lat obowiązuje jednak zakaz połowu tej ryby siecią, który ma zapobiec odłowom
    rabunkowym, do jakich dochodziło w Albanii na drugim brzegu jeziora.
    Miasto leżące nad jeziorem też nazywa się Ochryd, po polsku Ochryda. Jest to najsłynniejszy kurort Macedonii,
    odwiedzany tłumnie przez gości z Bałkanów i całego świata. Po przybyciu do miasta Robert udaje się na targ, gdzie króluje
    papryka, najważniejsze warzywo regionu. Na straganach nie brakuje też czosnku, cebuli, kabaczków, pomidorów, arbuzów
    i melonów. Przy targu znajduje się mlekara, czyli mleczarnia, w której można kupić różne gatunki serów krowich i owczych.
    Najbardziej popularne to kaszkawał i sirenje. W sklepie mięsnym kuszą: ajduczki, pleskawice i kebapcze, czyli oferta
    na ruszt, po macedońsku "skara".
    W dawnej Jugosławii Socjalistyczna Federacyjna Republika Macedonii była najbiedniejszą, typowo rolniczą prowincją.
    Ale dzięki temu, że nie rozwijano tu przemysłu ciężkiego, możemy dzisiaj cieszyć się naturalnymi produktami najwyższej
    jakości. Robert zapewnia, że sprzedawana tu żywność jest w 100 procentach ekologiczna
    Na miastem góruje twierdza i mury obronne. Baszta fortecy cara Samoiła z X wieku jest doskonałym punktem widokowym
    na miasto i jezioro. W czasach antycznych było to pogranicze Wschodu i Zachodu. Rzymska droga Via Egnatia, przecinająca
    Ochrid, łączyła albański dziś port Durres nad Morzem Śródziemnym z Konstantynopolem. W dobie wczesnego chrześcijaństwa
    Rzym i Bizancjum przeciągały biskupstwo ochrydzkie - każde na swoją stronę. Ostatecznie wygrał Kościół Wschodni i cyrylica,
    która zresztą najpewniej tutaj powstała. W czasach bizantyjskich miasto słynęło z tego, że każdego dnia można było tu
    się pomodlić w innej świątyni - podobno było ich aż 365. Wiele z nich zachowało się do dzisiaj; odrestaurowane zapierają dech
    w piersiach, tak jak np. monastyr św. Pantelejmona, po polsku Pantaleona. Wewnątrz monastyru znajduje się grób św.
    Klemensa, jednego z uczniów Cyryla i Metodego. W IX wieku św. Klemens założył tu pierwszą słowiańską akademię.
    Na podstawie głagolicy, alfabetu stworzonego przez Cyryla i Metodego do zapisywania tekstów staro - cerkiewno - słowiańskich,
    powstała wtedy cyrylica, którą Macedończycy posługują się do dziś. Perłą dawnej architektury cerkiewnej jest też kościół
    św. Jana Teologa z Kaneo, znanego bardziej jako św. Jan Ewangelista.
    W dzisiejszej dwumilionowej Macedonii muzułmańscy Albańczycy stanowią 25% ludności. Całe ich rzesze, ponad 350
    tysięcy ludzi, znalazły tu schronienie, kiedy pod koniec XX wieku uciekali z bombardowanego serbskiego Kosowa. Bojówki
    Albańskiej Armii Wyzwoleńczej próbowały później oderwać od Macedonii część jej zachodnich ziem, ale szczęśliwie
    partyzancka wojna zakończyła się ugodą, podpisaną latem 2001 roku w Ochrydzie.
    Przy promenadzie na tarasie restauracji hotelu Tino przy suto zastawionym stole Robert omawia miejscowe przysmaki,
    a potem już na molo przyrządza własną kompozycję kulinarną - pstrąga tęczowego w sosie winnym. Nie jest to oczywiście
    pstrąg ochrydzki, bo te na razie są pod ochroną.

  • 19.05.2022 07:10- TVP Rozrywka Podróż 19 (73) Macedonia "Jezioro Ochrydzkie"
    Brak dostępu do morza rekompensuje ...


    Brak dostępu do morza rekompensuje Macedończykom czyste i piękne Jezioro Ochrydzkie. Ochryd - takiej nazwy
    też się używa - jest jeziorem tektonicznym, najstarszym w Europie i najgłębszym na Bałkanach. Jezioro stanowi naturalną
    granicę z Albanią. Jego imponującą panoramę można podziwiać z masywu Galiczyca. W jeziorze żyje poszukiwany
    endemiczny pstrąg ochrydzki. Od trzech lat obowiązuje jednak zakaz połowu tej ryby siecią, który ma zapobiec odłowom
    rabunkowym, do jakich dochodziło w Albanii na drugim brzegu jeziora.
    Miasto leżące nad jeziorem też nazywa się Ochryd, po polsku Ochryda. Jest to najsłynniejszy kurort Macedonii,
    odwiedzany tłumnie przez gości z Bałkanów i całego świata. Po przybyciu do miasta Robert udaje się na targ, gdzie króluje
    papryka, najważniejsze warzywo regionu. Na straganach nie brakuje też czosnku, cebuli, kabaczków, pomidorów, arbuzów
    i melonów. Przy targu znajduje się mlekara, czyli mleczarnia, w której można kupić różne gatunki serów krowich i owczych.
    Najbardziej popularne to kaszkawał i sirenje. W sklepie mięsnym kuszą: ajduczki, pleskawice i kebapcze, czyli oferta
    na ruszt, po macedońsku "skara".
    W dawnej Jugosławii Socjalistyczna Federacyjna Republika Macedonii była najbiedniejszą, typowo rolniczą prowincją.
    Ale dzięki temu, że nie rozwijano tu przemysłu ciężkiego, możemy dzisiaj cieszyć się naturalnymi produktami najwyższej
    jakości. Robert zapewnia, że sprzedawana tu żywność jest w 100 procentach ekologiczna
    Na miastem góruje twierdza i mury obronne. Baszta fortecy cara Samoiła z X wieku jest doskonałym punktem widokowym
    na miasto i jezioro. W czasach antycznych było to pogranicze Wschodu i Zachodu. Rzymska droga Via Egnatia, przecinająca
    Ochrid, łączyła albański dziś port Durres nad Morzem Śródziemnym z Konstantynopolem. W dobie wczesnego chrześcijaństwa
    Rzym i Bizancjum przeciągały biskupstwo ochrydzkie - każde na swoją stronę. Ostatecznie wygrał Kościół Wschodni i cyrylica,
    która zresztą najpewniej tutaj powstała. W czasach bizantyjskich miasto słynęło z tego, że każdego dnia można było tu
    się pomodlić w innej świątyni - podobno było ich aż 365. Wiele z nich zachowało się do dzisiaj; odrestaurowane zapierają dech
    w piersiach, tak jak np. monastyr św. Pantelejmona, po polsku Pantaleona. Wewnątrz monastyru znajduje się grób św.
    Klemensa, jednego z uczniów Cyryla i Metodego. W IX wieku św. Klemens założył tu pierwszą słowiańską akademię.
    Na podstawie głagolicy, alfabetu stworzonego przez Cyryla i Metodego do zapisywania tekstów staro - cerkiewno - słowiańskich,
    powstała wtedy cyrylica, którą Macedończycy posługują się do dziś. Perłą dawnej architektury cerkiewnej jest też kościół
    św. Jana Teologa z Kaneo, znanego bardziej jako św. Jan Ewangelista.
    W dzisiejszej dwumilionowej Macedonii muzułmańscy Albańczycy stanowią 25% ludności. Całe ich rzesze, ponad 350
    tysięcy ludzi, znalazły tu schronienie, kiedy pod koniec XX wieku uciekali z bombardowanego serbskiego Kosowa. Bojówki
    Albańskiej Armii Wyzwoleńczej próbowały później oderwać od Macedonii część jej zachodnich ziem, ale szczęśliwie
    partyzancka wojna zakończyła się ugodą, podpisaną latem 2001 roku w Ochrydzie.
    Przy promenadzie na tarasie restauracji hotelu Tino przy suto zastawionym stole Robert omawia miejscowe przysmaki,
    a potem już na molo przyrządza własną kompozycję kulinarną - pstrąga tęczowego w sosie winnym. Nie jest to oczywiście
    pstrąg ochrydzki, bo te na razie są pod ochroną.

  • 19.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 20 (74) Indie "Delhi wielu kultur"
    Swoją podróż po Indiach krakowski ...


    Swoją podróż po Indiach krakowski krytyk kulinarny rozpoczyna w historycznym centrum Delhi, Czerwonym Forcie,
    który ze swoimi pałacami, ogrodami i bazarami, za czasów dynastii Wielkich Mogołów był miastem w mieście. To tam
    znajdował się legendarny Pawi Tron i jeszcze słynniejszy diament Koh - i - Noor.
    Dynastia Wielkich Mogołów rządziła w Indiach przez prawie 300 lat, aż do czasów Imperium Brytyjskiego. Cesarz był
    ucieleśnieniem boga i musiał pokazywać się swoim poddanym codziennie, żeby nie gasła w nich wiara.
    Tuż obok Czerwonego Fortu w starej dzielnicy handlowej, wzdłuż traktu Chandni Chowk, spotkać można wyznawców
    Allacha, hinduizmu i sikhów, a na kramach stłoczonych wzdłuż ulic kupić i zjeść niemal wszystko.
    Chandni Chowk to główna ulica Starego Delhi, łącząca Czerwony Fort z wielkim Meczetem Piątkowym. Swoją nazwę
    wzięła od przemarszów ceremonialnych, kapiących od srebra orszaków cesarskich w czasach Wielkich Mogołów.
    Akurat jest piątek, a w Indiach to taka muzułmańska niedziela, więc przed meczetem tłumy wiernych zbierają się na
    modlitwę. Przy straganach handlowych na Chandni Chowk panuje żywiołowy ruch. Robert zatrzymuje się przy stoisku
    z herbatami. Chce zaparzyć prawdziwą indyjską herbatę z dodatkiem kardamonu i mleka. Na jednej z bocznych uliczek
    w oknie mieści się kuchnia wegetariańska. Robert degustuje tu znane również w Polsce, smażone w głębokim tłuszczu
    pierożki samosa.
    Ciasne podwórko między domami to terytorium słynnej muzułmańskiej kuchni U Karima. Lokal założono w 1913 roku.
    Robert Makłowicz ma okazję spróbować kilku wybranych dań, takich jak: chicken curry, chicken tandoori, koźlęcina,
    placki i ryż basmati. Własnoręcznie zaś przyrządza klasyczne curry jarzynowe.
    Tak posilony nasz podróżnik udaje się na Targi Sztuki i Rzemiosła. Przy jednym ze stoisk ogląda kamienne moździerze,
    w których tłucze się tradycyjnie przyprawy na masalę.
    W Delhi zapada zmrok, ale ruch na ulicach miasta nie słabnie. Hinduska metropolia tętni życiem.



  • 20.05.2022 07:15- TVP Rozrywka Podróż 20 (74) Indie "Delhi wielu kultur"
    Swoją podróż po Indiach krakowski ...


    Swoją podróż po Indiach krakowski krytyk kulinarny rozpoczyna w historycznym centrum Delhi, Czerwonym Forcie,
    który ze swoimi pałacami, ogrodami i bazarami, za czasów dynastii Wielkich Mogołów był miastem w mieście. To tam
    znajdował się legendarny Pawi Tron i jeszcze słynniejszy diament Koh - i - Noor.
    Dynastia Wielkich Mogołów rządziła w Indiach przez prawie 300 lat, aż do czasów Imperium Brytyjskiego. Cesarz był
    ucieleśnieniem boga i musiał pokazywać się swoim poddanym codziennie, żeby nie gasła w nich wiara.
    Tuż obok Czerwonego Fortu w starej dzielnicy handlowej, wzdłuż traktu Chandni Chowk, spotkać można wyznawców
    Allacha, hinduizmu i sikhów, a na kramach stłoczonych wzdłuż ulic kupić i zjeść niemal wszystko.
    Chandni Chowk to główna ulica Starego Delhi, łącząca Czerwony Fort z wielkim Meczetem Piątkowym. Swoją nazwę
    wzięła od przemarszów ceremonialnych, kapiących od srebra orszaków cesarskich w czasach Wielkich Mogołów.
    Akurat jest piątek, a w Indiach to taka muzułmańska niedziela, więc przed meczetem tłumy wiernych zbierają się na
    modlitwę. Przy straganach handlowych na Chandni Chowk panuje żywiołowy ruch. Robert zatrzymuje się przy stoisku
    z herbatami. Chce zaparzyć prawdziwą indyjską herbatę z dodatkiem kardamonu i mleka. Na jednej z bocznych uliczek
    w oknie mieści się kuchnia wegetariańska. Robert degustuje tu znane również w Polsce, smażone w głębokim tłuszczu
    pierożki samosa.
    Ciasne podwórko między domami to terytorium słynnej muzułmańskiej kuchni U Karima. Lokal założono w 1913 roku.
    Robert Makłowicz ma okazję spróbować kilku wybranych dań, takich jak: chicken curry, chicken tandoori, koźlęcina,
    placki i ryż basmati. Własnoręcznie zaś przyrządza klasyczne curry jarzynowe.
    Tak posilony nasz podróżnik udaje się na Targi Sztuki i Rzemiosła. Przy jednym ze stoisk ogląda kamienne moździerze,
    w których tłucze się tradycyjnie przyprawy na masalę.
    W Delhi zapada zmrok, ale ruch na ulicach miasta nie słabnie. Hinduska metropolia tętni życiem.



  • 20.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 20 (75) Indie "Ulice Delhi"
    Stolica Indii, Delhi, to ogromne ...


    Stolica Indii, Delhi, to ogromne 11 - milionowe miasto, a uliczne życie stołecznej metropolii to jedno
    z tych zjawisk, które trzeba zobaczyć, żeby w nie uwierzyć. Podróżnik z Krakowa, świadom ogromu tego
    miasta, postanawia zwiedzić jedynie ulice wokół swojego hotelu, przy dworcu kolejowym. Główna stacja
    kolejowa stolicy nazywa się New Delhi. Tę nazwę nadali miastu Brytyjczycy, kiedy w 1911 roku przenieśli
    tutaj z Kalkuty siedzibę swoich władz kolonialnych i rozpoczęli budowę nowego centrum. Naprzeciwko
    dworca jest wejście na bazar Pahar Ganj. Na początku lat 90. bazar opanowali importerzy z Polski, którzy
    zaopatrywali się tu w indyjskie tekstylia. Nazywano go wówczas polskim bazarem. Niewielkie uliczne rondo
    wewnątrz bazaru nasi rodacy dla ułatwienia sobie orientacji nazwali "krowim rondem", bo często wylegiwały się
    tu krowy, których dziś już nie ma. Rząd postanowił oczyścić stolicę z tych zwierząt, a bezpańskie krowy
    są przewożone do specjalnych schronisk, gdzie w spokoju mogą dokonać żywota. Teraz na ulicach Delhi
    łatwiej spotkać psy czy małpy. Te ostatnie zwykle chcą ukraść coś do jedzenia.
    Na bazarowych straganach można podziwiać pięknie wyeksponowane przyprawy, mielone i całe
    korzenie. Nie brakuje też warzyw: bakłażanów, soczewicy, słodkich ziemniaków, fasoli strąkowej, zielonych
    bananów do smażenia, pomidorów, papryczki chili, korniszonów i limonek. Robert Makłowicz przyrządza
    na miejscu soczewicę w smażonych przyprawach.
    Jako że nie samym chlebem człowiek żyje, nasz podróżnik udaje się do "zaułka rzeźbiarzy", jednej
    z małych uliczek niedaleko hotelu. Tu zwiedza pracownie rzeźbiarskie, w których wytwarza się marmurowe
    i kamienne posągi.
    Na deser Robert Makłowicz zaprasza nas do nowoczesnego sklepu, będącego zarazem restauracją
    i herbaciarnią. Na stoiskach słodycze bengalskie, mleczne, migdałowe, pistacjowe, ser paneer z tłustego
    mleka krowiego, a także suszone owoce, słone herbatniki i ciasteczka pokryte sreberkiem. Można też kupić
    pączki, właśnie usmażone w maśle klarowanym ghee.
    I ostatnie spojrzenie na Delhi. Jeszcze niedawno nad miastem wisiał gęsty smog. Dziś wszystkie
    motoriksze i taksówki są obowiązkowo zasilane ekologicznym gazem ziemnym. Stolica Indii to bez
    wątpienia metropolia przyszłości.


  • 23.05.2022 07:15- TVP Rozrywka Podróż 20 (75) Indie "Ulice Delhi"
    Stolica Indii, Delhi, to ogromne ...


    Stolica Indii, Delhi, to ogromne 11 - milionowe miasto, a uliczne życie stołecznej metropolii to jedno
    z tych zjawisk, które trzeba zobaczyć, żeby w nie uwierzyć. Podróżnik z Krakowa, świadom ogromu tego
    miasta, postanawia zwiedzić jedynie ulice wokół swojego hotelu, przy dworcu kolejowym. Główna stacja
    kolejowa stolicy nazywa się New Delhi. Tę nazwę nadali miastu Brytyjczycy, kiedy w 1911 roku przenieśli
    tutaj z Kalkuty siedzibę swoich władz kolonialnych i rozpoczęli budowę nowego centrum. Naprzeciwko
    dworca jest wejście na bazar Pahar Ganj. Na początku lat 90. bazar opanowali importerzy z Polski, którzy
    zaopatrywali się tu w indyjskie tekstylia. Nazywano go wówczas polskim bazarem. Niewielkie uliczne rondo
    wewnątrz bazaru nasi rodacy dla ułatwienia sobie orientacji nazwali "krowim rondem", bo często wylegiwały się
    tu krowy, których dziś już nie ma. Rząd postanowił oczyścić stolicę z tych zwierząt, a bezpańskie krowy
    są przewożone do specjalnych schronisk, gdzie w spokoju mogą dokonać żywota. Teraz na ulicach Delhi
    łatwiej spotkać psy czy małpy. Te ostatnie zwykle chcą ukraść coś do jedzenia.
    Na bazarowych straganach można podziwiać pięknie wyeksponowane przyprawy, mielone i całe
    korzenie. Nie brakuje też warzyw: bakłażanów, soczewicy, słodkich ziemniaków, fasoli strąkowej, zielonych
    bananów do smażenia, pomidorów, papryczki chili, korniszonów i limonek. Robert Makłowicz przyrządza
    na miejscu soczewicę w smażonych przyprawach.
    Jako że nie samym chlebem człowiek żyje, nasz podróżnik udaje się do "zaułka rzeźbiarzy", jednej
    z małych uliczek niedaleko hotelu. Tu zwiedza pracownie rzeźbiarskie, w których wytwarza się marmurowe
    i kamienne posągi.
    Na deser Robert Makłowicz zaprasza nas do nowoczesnego sklepu, będącego zarazem restauracją
    i herbaciarnią. Na stoiskach słodycze bengalskie, mleczne, migdałowe, pistacjowe, ser paneer z tłustego
    mleka krowiego, a także suszone owoce, słone herbatniki i ciasteczka pokryte sreberkiem. Można też kupić
    pączki, właśnie usmażone w maśle klarowanym ghee.
    I ostatnie spojrzenie na Delhi. Jeszcze niedawno nad miastem wisiał gęsty smog. Dziś wszystkie
    motoriksze i taksówki są obowiązkowo zasilane ekologicznym gazem ziemnym. Stolica Indii to bez
    wątpienia metropolia przyszłości.


  • 23.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 20 (76) Indie "Z przyjaciółmi"
    Swoją trzecią indyjską podróż Robert ...


    Swoją trzecią indyjską podróż Robert Makłowicz odbywa w towarzystwie polsko - indyjskiego małżeństwa,
    Magdy i Minu, których zna z Polski, gdzie prowadzą indyjską restaurację. Związki polsko - hinduskie są prastare.
    Nasz język, należący do rodziny indoeuropejskich, pochodzi przecież od staroindyjskiego sanskrytu.
    Wraz z Magdą i Minu Robert zagląda w Delhi na garden party u byłego premiera rządu stanowego Uttar Pradesz, gdzie
    dokonuje przeglądu dań z ogrodowego bufetu. Pod koniec przyjęcia odświętnie odziany Hindus z Radżastanu ceremonialnie
    parzy czaj, czyli herbatę, podawaną w glinianych czarkach jednorazowego użytku.
    W stołecznym parku na zielonych terenach rekreacyjnych wokół India Gate Robert wraz z przyjaciółmi obserwuje grę
    w krykieta. Minu objaśnia zasady gry i opowiada o jej roli w sportowym życiu Indii. Wspomina, jak sam grał w krykieta.
    Podróżnik z Krakowa odwiedza również elegancką rezydencję na przedmieściu, należącą do przyjaciół Minu. Szykuje się
    tu przyjęcie, będzie więc okazja poznać sekrety miejscowej kuchni. Pani domu wraz z matką przygotowują dom do Święta
    Światła. Ta jesienna ceremonia symbolizuje zwycięstwo światła nad ciemnością.
    Robert bierze udział w przygotowaniu posiłku. Jednym z dań będą kalafiory smażone w cieście.
    Z północy Indii troje przyjaciół przenosi się nad Ocean Indyjski, na Wybrzeże Malabarskie, gdzie w równikowym skwarze wspólnie przyrządzają kurczaka po keralsku.

  • 24.05.2022 07:10- TVP Rozrywka Podróż 20 (76) Indie "Z przyjaciółmi"
    Swoją trzecią indyjską podróż Robert ...


    Swoją trzecią indyjską podróż Robert Makłowicz odbywa w towarzystwie polsko - indyjskiego małżeństwa,
    Magdy i Minu, których zna z Polski, gdzie prowadzą indyjską restaurację. Związki polsko - hinduskie są prastare.
    Nasz język, należący do rodziny indoeuropejskich, pochodzi przecież od staroindyjskiego sanskrytu.
    Wraz z Magdą i Minu Robert zagląda w Delhi na garden party u byłego premiera rządu stanowego Uttar Pradesz, gdzie
    dokonuje przeglądu dań z ogrodowego bufetu. Pod koniec przyjęcia odświętnie odziany Hindus z Radżastanu ceremonialnie
    parzy czaj, czyli herbatę, podawaną w glinianych czarkach jednorazowego użytku.
    W stołecznym parku na zielonych terenach rekreacyjnych wokół India Gate Robert wraz z przyjaciółmi obserwuje grę
    w krykieta. Minu objaśnia zasady gry i opowiada o jej roli w sportowym życiu Indii. Wspomina, jak sam grał w krykieta.
    Podróżnik z Krakowa odwiedza również elegancką rezydencję na przedmieściu, należącą do przyjaciół Minu. Szykuje się
    tu przyjęcie, będzie więc okazja poznać sekrety miejscowej kuchni. Pani domu wraz z matką przygotowują dom do Święta
    Światła. Ta jesienna ceremonia symbolizuje zwycięstwo światła nad ciemnością.
    Robert bierze udział w przygotowaniu posiłku. Jednym z dań będą kalafiory smażone w cieście.
    Z północy Indii troje przyjaciół przenosi się nad Ocean Indyjski, na Wybrzeże Malabarskie, gdzie w równikowym skwarze wspólnie przyrządzają kurczaka po keralsku.

  • 24.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 21 (77) Austria i Szwajcaria "Silvretta"
    Stacji narciarskich jest w Austrii ...


    Stacji narciarskich jest w Austrii bez liku, ale jedna z nich jest wyjątkowa. To Ischgl położone u stóp alpejskiego
    masywu Silvretta. Po drugiej stronie Silvretty jest już Szwajcaria i trójjęzyczny kanton Gryzonia. Tutejszy system wyciągów
    pozwala jeździć z jednym karnetem w obydwu krajach. Stok narciarski schodzi pod same domy szwajcarskiego Samnaun
    Compatsch. Robert zjechał tu starym szlakiem przemytniczym. Tutejsi górale od wieków trudnili się nielegalnym przerzucaniem
    towarów przez zieloną granicę, mniej więcej tą samą trasą. Dziś też niejednemu narciarzowi przychodzi do głowy myśl
    o kontrabandzie, bo okolica stanowi strefę wolnocłową. Praktyczni Szwajcarzy urządzili wszystko tak wygodnie, że bez
    zdejmowania butów narciarskich można robić zakupy w sklepach wolnocłowych, których jest tu pod dostatkiem. W ofercie,
    jak to u Szwajcarów, obowiązkowo czekolada i zegarki. Poza tym, kosmetyki i duży wybór alkoholi. Ale, jak ostrzega Robert,
    z zakupami lepiej nie przesadzać, bo Szwajcaria, choć jest w strefie Schengen, nie należy do Unii Europejskiej, więc
    po okazyjnych, bezcłowych cenach wolno wwieźć do Austrii tylko jedną butelkę, a nie np. dziesięć.
    Pod stacją kolejki, na stoku, jest restauracja, do której podjeżdża się na nartach. Robert chce sprawdzić, co Szwajcarzy
    dają do jedzenia narciarzom. Właściciel proponuje dwa miejscowe dania: Graubindenfleischtälle, (plastry wędzonej wołowiny)
    oraz polentę z górskim serem i szpinakiem.
    Ze względu na urodę i warunki turystyczne Ischgl nazywane jest często alpejską Ibizą. Do niedawna narciarzy
    z Polski było tutaj i w sąsiednim Arlbergu tak niewielu, że Polaków nie uwzględniano nawet w statystykach. Teraz sytuacja
    się zmienia, dzięki temu dostępne są już materiały informacyjne i mapki tras z opisem po polsku.
    Co roku w Ischgl organizowany jest konkurs rzeźb lodowych pod nazwą Figure In Weiss. W tym roku leitmotivem
    konkursu są wampiry. Być może dlatego jest tu także wielu turystów z Rumunii.
    Na stoku w Ischgl Robert odwiedza jeszcze jedną restaurację. Jest to duży samoobsługowy lokal o nazwie
    Alpenhaus. Degustuje tutaj pieczeń wieprzową z knedlem bułczanym i zasmażaną kiszoną kapustą oraz knedel drożdżowy
    w sosie waniliowym. Tymczasem w barach na placu przy dolnej stacji kolejki gra muzyka. Wszędzie narciarze, którzy właśnie
    zjeżdżają z gór. Narciarski dzień dobiega końca, ale to jeszcze nie koniec zabawy. Alpejski obyczaj nakazuje, zaraz po
    zjeździe ze stoku, jeszcze w pełnym rynsztunku, wizytę w barze.
    Na następnego dnia już za miastem, na hali, Robert gotuje tyrolskie dania: Speckkraut und Speckknödeln, czyli kapustę
    kraszoną ze skwarkami i kluski z mięsem albo też z boczkiem.


  • 25.05.2022 07:15- TVP Rozrywka Podróż 21 (77) Austria i Szwajcaria "Silvretta"
    Stacji narciarskich jest w Austrii ...


    Stacji narciarskich jest w Austrii bez liku, ale jedna z nich jest wyjątkowa. To Ischgl położone u stóp alpejskiego
    masywu Silvretta. Po drugiej stronie Silvretty jest już Szwajcaria i trójjęzyczny kanton Gryzonia. Tutejszy system wyciągów
    pozwala jeździć z jednym karnetem w obydwu krajach. Stok narciarski schodzi pod same domy szwajcarskiego Samnaun
    Compatsch. Robert zjechał tu starym szlakiem przemytniczym. Tutejsi górale od wieków trudnili się nielegalnym przerzucaniem
    towarów przez zieloną granicę, mniej więcej tą samą trasą. Dziś też niejednemu narciarzowi przychodzi do głowy myśl
    o kontrabandzie, bo okolica stanowi strefę wolnocłową. Praktyczni Szwajcarzy urządzili wszystko tak wygodnie, że bez
    zdejmowania butów narciarskich można robić zakupy w sklepach wolnocłowych, których jest tu pod dostatkiem. W ofercie,
    jak to u Szwajcarów, obowiązkowo czekolada i zegarki. Poza tym, kosmetyki i duży wybór alkoholi. Ale, jak ostrzega Robert,
    z zakupami lepiej nie przesadzać, bo Szwajcaria, choć jest w strefie Schengen, nie należy do Unii Europejskiej, więc
    po okazyjnych, bezcłowych cenach wolno wwieźć do Austrii tylko jedną butelkę, a nie np. dziesięć.
    Pod stacją kolejki, na stoku, jest restauracja, do której podjeżdża się na nartach. Robert chce sprawdzić, co Szwajcarzy
    dają do jedzenia narciarzom. Właściciel proponuje dwa miejscowe dania: Graubindenfleischtälle, (plastry wędzonej wołowiny)
    oraz polentę z górskim serem i szpinakiem.
    Ze względu na urodę i warunki turystyczne Ischgl nazywane jest często alpejską Ibizą. Do niedawna narciarzy
    z Polski było tutaj i w sąsiednim Arlbergu tak niewielu, że Polaków nie uwzględniano nawet w statystykach. Teraz sytuacja
    się zmienia, dzięki temu dostępne są już materiały informacyjne i mapki tras z opisem po polsku.
    Co roku w Ischgl organizowany jest konkurs rzeźb lodowych pod nazwą Figure In Weiss. W tym roku leitmotivem
    konkursu są wampiry. Być może dlatego jest tu także wielu turystów z Rumunii.
    Na stoku w Ischgl Robert odwiedza jeszcze jedną restaurację. Jest to duży samoobsługowy lokal o nazwie
    Alpenhaus. Degustuje tutaj pieczeń wieprzową z knedlem bułczanym i zasmażaną kiszoną kapustą oraz knedel drożdżowy
    w sosie waniliowym. Tymczasem w barach na placu przy dolnej stacji kolejki gra muzyka. Wszędzie narciarze, którzy właśnie
    zjeżdżają z gór. Narciarski dzień dobiega końca, ale to jeszcze nie koniec zabawy. Alpejski obyczaj nakazuje, zaraz po
    zjeździe ze stoku, jeszcze w pełnym rynsztunku, wizytę w barze.
    Na następnego dnia już za miastem, na hali, Robert gotuje tyrolskie dania: Speckkraut und Speckknödeln, czyli kapustę
    kraszoną ze skwarkami i kluski z mięsem albo też z boczkiem.


  • 25.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 21 (78) Austria i Szwajcaria "Dolina Paznaun"
    Robert Makłowicz odwiedza Dolinę Paznaun ...


    Robert Makłowicz odwiedza Dolinę Paznaun w zachodnim Tyrolu. W okolicach miasta Landeck podziwia
    stary most kolejowy. W drugiej połowie XIX biegnąca tędy trasa kolejowa połączyła Wiedeń z Paryżem. Zachodni Tyrol
    to wąski pasek, wciśnięty między Niemcy i Szwajcarię, a konkretnie między Bawarię i kanton Gryzonia. W dawnych
    czasach ten wysokogórski region, zasypany przez pół roku śniegiem, był niemal całkowicie odcięty od świata. Nowa
    linia kolejowa i biegnąca przez tunele droga otworzyły Dolinę Paznaun na świat. Dolina jest wąska i niedostępna,
    ale główna droga, którą jedzie Robert, biegnie przez wiele nowoczesnych tuneli. Głównym miastem w dolinie jest Ischgl.
    Jego mieszkańcy żyją przede wszystkim z turystycznej obsługi narciarzy, ale także z rolnictwa. W miejscowym sklepie
    Robert ogląda towary, z których słynie ta ziemia. A są to sznapsy, kiełbasa, dziczyzna i sery.
    Następne zwiedzane miasto to Galtür. W lutym 1999 roku zeszły tu dwie lawiny, które zniszczyły miasto i zabiły
    ponad 30 osób. Była to jedna z największych tragedii lawinowych w historii Austrii i świata. W nowoczesnym budynku
    Alpinarium, zbudowanym już po tej tragedii, stworzono ekspozycję, będącą lawinowym memento. Niech nikt się nie łudzi,
    że ucieknie przed lawiną. Musiałby poruszać się po górach bolidem Formuły 1. Lawina pędzi z prędkością 300 km/godz. ,
    czyli 8 razy szybciej od najszybszego człowieka. Jedna z ekspozycji ma ilustrować doznania człowieka, który znalazł się
    pod lawiną, oczywiście, jeśli przeżył. Niestety, już po 20 minutach przebywania pod śniegiem szanse ocalenia spadają do
    kilku procent. W górze słychać odgłosy nadziei: wołania ratowników i szczekanie psów.
    Człowiek broni się przed lawinami na różne sposoby: montuje na zboczach gór specjalne zapory, strzela z armatek
    w miejsca, gdzie gromadzi się dużo śniegu oraz buduje mury. Jednak mimo najbardziej zmyślnych zabezpieczeń lawiny
    nadal schodzą i będą schodzić. A wywołują je często nieostrożni ludzie, przechodząc czy zjeżdżając na nartach
    w nieodpowiednim miejscu.
    Kolejny przystanek to Kapel. W tym miestaczku Robert zwiedza destylarnię sznapsa. W Austrii jest to całkowicie
    legalne; każdy może mieć własną gorzelnię i produkować destylaty, tutaj najczęściej owocowe.
    Następnego dnia już od rana Robert przygląda się produkcji miejscowego sera. Serowarnia znajduje się tuż
    za ścianą obory. Elegancko przycięte gomółki sera moczy się najpierw w słonej wodzie. Naturalna klimatyzacja skalna
    ściana zapewnia odpowiednie warunki w dojrzewalni niezależnie od pory roku.
    Na skarpie nad główną drogą doliny Robert gotuje Almkäse Supe tyrolską zupę serową, której składnikiem
    jest miejscowy ser. Jest to danie podobne do fondue.
    W niemal każdym tyrolskim pensjonacie raz w tygodniu można skosztować klasycznych specjalności
    miejscowej kuchni. Tym razem Robert skusił się na Schweinbraten, czyli pieczeń wieprzową z knedlem bułczanym
    i zasmażaną kiszoną kapustą.


  • 26.05.2022 07:20- TVP Rozrywka Podróż 21 (78) Austria i Szwajcaria "Dolina Paznaun"
    Robert Makłowicz odwiedza Dolinę Paznaun ...


    Robert Makłowicz odwiedza Dolinę Paznaun w zachodnim Tyrolu. W okolicach miasta Landeck podziwia
    stary most kolejowy. W drugiej połowie XIX biegnąca tędy trasa kolejowa połączyła Wiedeń z Paryżem. Zachodni Tyrol
    to wąski pasek, wciśnięty między Niemcy i Szwajcarię, a konkretnie między Bawarię i kanton Gryzonia. W dawnych
    czasach ten wysokogórski region, zasypany przez pół roku śniegiem, był niemal całkowicie odcięty od świata. Nowa
    linia kolejowa i biegnąca przez tunele droga otworzyły Dolinę Paznaun na świat. Dolina jest wąska i niedostępna,
    ale główna droga, którą jedzie Robert, biegnie przez wiele nowoczesnych tuneli. Głównym miastem w dolinie jest Ischgl.
    Jego mieszkańcy żyją przede wszystkim z turystycznej obsługi narciarzy, ale także z rolnictwa. W miejscowym sklepie
    Robert ogląda towary, z których słynie ta ziemia. A są to sznapsy, kiełbasa, dziczyzna i sery.
    Następne zwiedzane miasto to Galtür. W lutym 1999 roku zeszły tu dwie lawiny, które zniszczyły miasto i zabiły
    ponad 30 osób. Była to jedna z największych tragedii lawinowych w historii Austrii i świata. W nowoczesnym budynku
    Alpinarium, zbudowanym już po tej tragedii, stworzono ekspozycję, będącą lawinowym memento. Niech nikt się nie łudzi,
    że ucieknie przed lawiną. Musiałby poruszać się po górach bolidem Formuły 1. Lawina pędzi z prędkością 300 km/godz. ,
    czyli 8 razy szybciej od najszybszego człowieka. Jedna z ekspozycji ma ilustrować doznania człowieka, który znalazł się
    pod lawiną, oczywiście, jeśli przeżył. Niestety, już po 20 minutach przebywania pod śniegiem szanse ocalenia spadają do
    kilku procent. W górze słychać odgłosy nadziei: wołania ratowników i szczekanie psów.
    Człowiek broni się przed lawinami na różne sposoby: montuje na zboczach gór specjalne zapory, strzela z armatek
    w miejsca, gdzie gromadzi się dużo śniegu oraz buduje mury. Jednak mimo najbardziej zmyślnych zabezpieczeń lawiny
    nadal schodzą i będą schodzić. A wywołują je często nieostrożni ludzie, przechodząc czy zjeżdżając na nartach
    w nieodpowiednim miejscu.
    Kolejny przystanek to Kapel. W tym miestaczku Robert zwiedza destylarnię sznapsa. W Austrii jest to całkowicie
    legalne; każdy może mieć własną gorzelnię i produkować destylaty, tutaj najczęściej owocowe.
    Następnego dnia już od rana Robert przygląda się produkcji miejscowego sera. Serowarnia znajduje się tuż
    za ścianą obory. Elegancko przycięte gomółki sera moczy się najpierw w słonej wodzie. Naturalna klimatyzacja skalna
    ściana zapewnia odpowiednie warunki w dojrzewalni niezależnie od pory roku.
    Na skarpie nad główną drogą doliny Robert gotuje Almkäse Supe tyrolską zupę serową, której składnikiem
    jest miejscowy ser. Jest to danie podobne do fondue.
    W niemal każdym tyrolskim pensjonacie raz w tygodniu można skosztować klasycznych specjalności
    miejscowej kuchni. Tym razem Robert skusił się na Schweinbraten, czyli pieczeń wieprzową z knedlem bułczanym
    i zasmażaną kiszoną kapustą.


  • 26.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 20 (79) Indie "Pociąg do jogi"
    Robert Makłowicz tym razem wybrał ...


    Robert Makłowicz tym razem wybrał się na północ Indii, do leżących nad Gangesem słynnych ośrodków
    hinduskiej jogi, odwiedzanych w swoim czasie przez takie sławy, jak m. in. zespół The Beatles. Najłatwiej dostać
    się tam pociągiem Shatabdi Express, który w cenie biletu oferuje pełny posiłek, niekoniecznie wegetariański. Kolej
    to w Indiach największy pracodawca. Codziennie przewozi około 15 mln pasażerów. W przerwie podroży, na peronie
    stacji kolejowej w Mirat, Robert opowiada o powstaniu sipajów, które tam właśnie wybuchło. Był to pierwszy tak
    poważny zbrojny zryw ludności Indii przeciwko panowaniu brytyjskiemu. Rozpoczął się w roku 1857. Rekrutowani
    z miejscowej ludności szeregowi żołnierze wymordowali brytyjskich oficerów. Z garnizonu w Mirat bunt rozlał się na
    niemal cały kraj. Pretekstem był narzucony przez Brytyjczyków obowiązek smarowania amunicji do karabinów łojem
    wołowym lub baranim, co raziło uczucia religijne wyznawców hinduizmu i muzułmanów. Po dwóch latach walk
    powstanie upadło.
    Podróż pociągiem kończy się na stacji Roorkee. Dalej na północ trzeba ruszyć autem. Celem podróży są miasta
    Haridwar i Rishikesh, a ściślej działające tam hinduistyczne świątynie, aśramy i akademie jogi, czyli strefa kuchni
    wyłącznie bezmięsnej. W Haridwar Robert zwiedza Instytut Patanjali. Instytut pełni funkcje kontemplacyjne i duchowe,
    ale można tu także zetknąć się z nowoczesną medycyną, zrobić badanie USG czy EKG. W podziemiach budynku
    jest sklepik apteka, gdzie jogini sprzedają własnej produkcji preparaty lecznicze i kosmetyki. Robert zainteresował się
    ekstraktem chłodzącym, wyciągiem z krowich oczu i ziołową pastą do zębów. W audytorium plenerowym, które mieści
    się w zadaszonej przestrzeni na wewnętrznym dziedzińcu, Robert uczy się teorii i technik oddechu pranajama,
    stosowanych w ćwiczeniach jogi. Potem w galerii na piętrze, obok wiszącego na ścianie wielkiego jadłospisu, degustuje
    zestaw wegetariańskich dań jogińskich, przyrządzanych w kuchni instytutu. Nie dodaje się do nich czosnku ani cebuli;
    te składniki utrudniałyby skupienie niezbędne do medytacji.
    Każdy pobożny Hindus powinien raz w roku odbyć pielgrzymkę nad świętą rzekę Ganges i zaznać rytualnej kąpieli.
    Podróżni przybywają do Rishikesh, gdzie mieszczą się aśramy obsługujące pielgrzymów. Robert zawitał do jednego z nich
    słynnego aśramu Parmarth Niketan. Wizyta w tym miejscu to okazja do spotkania z miejscowym sędziwym mistrzem jogi.
    Ma ponad 100 lat i od dłuższego czasu żywi się wyłącznie sokiem z pomarańczy. W jadalni Parmarth Niketan Robert próbuje placków puri, które są podstawą menu w północnych Indiach. Mięsa i jajek oczywiście tu nie podają. A pije się tutaj herbatę
    słodzoną centralnie, z mlekiem, imbirem i kardamonem. Na dziedzińcu kompleksu świątynnego, w alei spacerowej, Robert
    gotuje curry. Smak dzieła Roberta ocenia były ambasador Indii w Polsce, pan Chandra Mohan Bhandari, który chwali zupę.
    Atrakcją pobytu w Parmarth Niketan jest udział w wieczornej ceremonii ognia i wody w nad Gangesem.

  • 27.05.2022 07:20- TVP Rozrywka Podróż 20 (79) Indie "Pociąg do jogi"
    Robert Makłowicz tym razem wybrał ...


    Robert Makłowicz tym razem wybrał się na północ Indii, do leżących nad Gangesem słynnych ośrodków
    hinduskiej jogi, odwiedzanych w swoim czasie przez takie sławy, jak m. in. zespół The Beatles. Najłatwiej dostać
    się tam pociągiem Shatabdi Express, który w cenie biletu oferuje pełny posiłek, niekoniecznie wegetariański. Kolej
    to w Indiach największy pracodawca. Codziennie przewozi około 15 mln pasażerów. W przerwie podroży, na peronie
    stacji kolejowej w Mirat, Robert opowiada o powstaniu sipajów, które tam właśnie wybuchło. Był to pierwszy tak
    poważny zbrojny zryw ludności Indii przeciwko panowaniu brytyjskiemu. Rozpoczął się w roku 1857. Rekrutowani
    z miejscowej ludności szeregowi żołnierze wymordowali brytyjskich oficerów. Z garnizonu w Mirat bunt rozlał się na
    niemal cały kraj. Pretekstem był narzucony przez Brytyjczyków obowiązek smarowania amunicji do karabinów łojem
    wołowym lub baranim, co raziło uczucia religijne wyznawców hinduizmu i muzułmanów. Po dwóch latach walk
    powstanie upadło.
    Podróż pociągiem kończy się na stacji Roorkee. Dalej na północ trzeba ruszyć autem. Celem podróży są miasta
    Haridwar i Rishikesh, a ściślej działające tam hinduistyczne świątynie, aśramy i akademie jogi, czyli strefa kuchni
    wyłącznie bezmięsnej. W Haridwar Robert zwiedza Instytut Patanjali. Instytut pełni funkcje kontemplacyjne i duchowe,
    ale można tu także zetknąć się z nowoczesną medycyną, zrobić badanie USG czy EKG. W podziemiach budynku
    jest sklepik apteka, gdzie jogini sprzedają własnej produkcji preparaty lecznicze i kosmetyki. Robert zainteresował się
    ekstraktem chłodzącym, wyciągiem z krowich oczu i ziołową pastą do zębów. W audytorium plenerowym, które mieści
    się w zadaszonej przestrzeni na wewnętrznym dziedzińcu, Robert uczy się teorii i technik oddechu pranajama,
    stosowanych w ćwiczeniach jogi. Potem w galerii na piętrze, obok wiszącego na ścianie wielkiego jadłospisu, degustuje
    zestaw wegetariańskich dań jogińskich, przyrządzanych w kuchni instytutu. Nie dodaje się do nich czosnku ani cebuli;
    te składniki utrudniałyby skupienie niezbędne do medytacji.
    Każdy pobożny Hindus powinien raz w roku odbyć pielgrzymkę nad świętą rzekę Ganges i zaznać rytualnej kąpieli.
    Podróżni przybywają do Rishikesh, gdzie mieszczą się aśramy obsługujące pielgrzymów. Robert zawitał do jednego z nich
    słynnego aśramu Parmarth Niketan. Wizyta w tym miejscu to okazja do spotkania z miejscowym sędziwym mistrzem jogi.
    Ma ponad 100 lat i od dłuższego czasu żywi się wyłącznie sokiem z pomarańczy. W jadalni Parmarth Niketan Robert próbuje placków puri, które są podstawą menu w północnych Indiach. Mięsa i jajek oczywiście tu nie podają. A pije się tutaj herbatę
    słodzoną centralnie, z mlekiem, imbirem i kardamonem. Na dziedzińcu kompleksu świątynnego, w alei spacerowej, Robert
    gotuje curry. Smak dzieła Roberta ocenia były ambasador Indii w Polsce, pan Chandra Mohan Bhandari, który chwali zupę.
    Atrakcją pobytu w Parmarth Niketan jest udział w wieczornej ceremonii ognia i wody w nad Gangesem.

  • 27.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 20 (80) Indie "Trivandrum"
    Trivandrum, stolica Kerali, stanu leżącego ...


    Trivandrum, stolica Kerali, stanu leżącego na południu Indii, w miejscowym języku malajalam ma nazwę
    jeszcze bardziej skomplikowaną: Thirivananthapuram. Miasto jest skrzyżowaniem wielu religii i kultur i odznacza
    się dynamiką typową dla tej części świata. Mieszkają tu hinduiści, muzułmanie, katolicy, a nawet Żydzi. Ale język
    malajalam nie ma nic wspólnego z hindi, dlatego Hindus z północy z miejscowymi musi rozmawiać po angielsku.
    W Trivandrum Robert Makłowicz podziwia piękną hinduistyczną świątynię, a przy okazji dowiaduje się, że
    w Kerali komunizm nie stoi w sprzeczności z religią. Już pierwsze demokratyczne wybory w latach 50. wygrała
    miejscowa partia komunistyczna, która praktycznie do dziś sprawuje tu władzę. Jej efektem jest elektryfikacja,
    edukacja i nowoczesna polityka społeczna. I nikt nie walczy tu z prywatną własnością, nie ma mowy o nacjonalizacji.
    "To po prostu komunizm, jakiego myśmy nie zaznali" - mówi Makłowicz.
    Na skwerze przy plaży stoi pomnik kobiety wyzwolonej - ogromna kamienna rzeźba leżącej nagiej postaci
    płci żeńskiej. Ten monumentalny posąg ufundowany przez rząd stanowy Kerali jest dowodem na to, jak istotna
    jest w tym kraju rola kobiet. Jednym z najważniejszych polityków indyjskich, premierem kraju była Indira Gandhi.
    Co ciekawe, gdy ktoś tu zapyta o równouprawnienie kobiet, wówczas odzywają się głosy, że w Kerali można
    raczej mówić o równouprawnieniu mężczyzn, bo w dawnych kulturach bramińskich w tej części Indii panował
    matriarchat.
    Z Trivandrum Robert Makłowicz wyrusza do Kovalam. Podczas lunchu w miejscowej restauracji Raj Resort
    gawędzi z dwoma Hindusami o kulinarnych przysmakach z różnych stron świata, w tym również o kuchni polskiej,
    którą jak się okazuje jeden z panów poznał w naszym kraju. A jeśli chodzi o kuchnię hinduską, ma ona to do siebie,
    że jest egalitarna. Makaron ryżowy w mleczku kokosowym, który Robert Makłowicz przygotuje potem na drewnianej
    łodzi rybackiej, to danie zarówno dla biednych, jak i dla bogatych. Jeden z dżentelmenów, z którymi Makłowicz jadł
    lunch, zaprosił go do swojej prywatnej rezydencji. Dom jest całkiem nowy, ma tylko pięć lat, ale jest zbudowany
    w tradycyjnym stylu, typowym dla Keralii. Przed wejściem zdejmuje się buty. W kuchni żona gospodarza szykuje
    miejscowe specjalności: placki dosa, do których podaje urd dal, czyli soczewicę po urdyjsku.
    Następnego dnia rano Robert Makłowicz wybiera się na targ po owoce i warzywa. Po powrocie do rezydencji
    przygotowuje wystawne keralskie śniadanie, na które podaje przede wszystkim owoce: dwa rodzaje bananów, małe
    żółte i większe czerwone, papaję, winogrona, ananas i galaretkę z kokosów.
    Ostatnią atrakcją, jaka czeka nas w tym odcinku, jest połów ryb, niezmienny w swojej formie od stuleci. Rybacy
    wyciągają sieci, a potem na miejscu odbywa się segregowanie połowu - na ryby i owoce morza.

  • 30.05.2022 07:10- TVP Rozrywka Podróż 20 (80) Indie "Trivandrum"
    Trivandrum, stolica Kerali, stanu leżącego ...


    Trivandrum, stolica Kerali, stanu leżącego na południu Indii, w miejscowym języku malajalam ma nazwę
    jeszcze bardziej skomplikowaną: Thirivananthapuram. Miasto jest skrzyżowaniem wielu religii i kultur i odznacza
    się dynamiką typową dla tej części świata. Mieszkają tu hinduiści, muzułmanie, katolicy, a nawet Żydzi. Ale język
    malajalam nie ma nic wspólnego z hindi, dlatego Hindus z północy z miejscowymi musi rozmawiać po angielsku.
    W Trivandrum Robert Makłowicz podziwia piękną hinduistyczną świątynię, a przy okazji dowiaduje się, że
    w Kerali komunizm nie stoi w sprzeczności z religią. Już pierwsze demokratyczne wybory w latach 50. wygrała
    miejscowa partia komunistyczna, która praktycznie do dziś sprawuje tu władzę. Jej efektem jest elektryfikacja,
    edukacja i nowoczesna polityka społeczna. I nikt nie walczy tu z prywatną własnością, nie ma mowy o nacjonalizacji.
    "To po prostu komunizm, jakiego myśmy nie zaznali" - mówi Makłowicz.
    Na skwerze przy plaży stoi pomnik kobiety wyzwolonej - ogromna kamienna rzeźba leżącej nagiej postaci
    płci żeńskiej. Ten monumentalny posąg ufundowany przez rząd stanowy Kerali jest dowodem na to, jak istotna
    jest w tym kraju rola kobiet. Jednym z najważniejszych polityków indyjskich, premierem kraju była Indira Gandhi.
    Co ciekawe, gdy ktoś tu zapyta o równouprawnienie kobiet, wówczas odzywają się głosy, że w Kerali można
    raczej mówić o równouprawnieniu mężczyzn, bo w dawnych kulturach bramińskich w tej części Indii panował
    matriarchat.
    Z Trivandrum Robert Makłowicz wyrusza do Kovalam. Podczas lunchu w miejscowej restauracji Raj Resort
    gawędzi z dwoma Hindusami o kulinarnych przysmakach z różnych stron świata, w tym również o kuchni polskiej,
    którą jak się okazuje jeden z panów poznał w naszym kraju. A jeśli chodzi o kuchnię hinduską, ma ona to do siebie,
    że jest egalitarna. Makaron ryżowy w mleczku kokosowym, który Robert Makłowicz przygotuje potem na drewnianej
    łodzi rybackiej, to danie zarówno dla biednych, jak i dla bogatych. Jeden z dżentelmenów, z którymi Makłowicz jadł
    lunch, zaprosił go do swojej prywatnej rezydencji. Dom jest całkiem nowy, ma tylko pięć lat, ale jest zbudowany
    w tradycyjnym stylu, typowym dla Keralii. Przed wejściem zdejmuje się buty. W kuchni żona gospodarza szykuje
    miejscowe specjalności: placki dosa, do których podaje urd dal, czyli soczewicę po urdyjsku.
    Następnego dnia rano Robert Makłowicz wybiera się na targ po owoce i warzywa. Po powrocie do rezydencji
    przygotowuje wystawne keralskie śniadanie, na które podaje przede wszystkim owoce: dwa rodzaje bananów, małe
    żółte i większe czerwone, papaję, winogrona, ananas i galaretkę z kokosów.
    Ostatnią atrakcją, jaka czeka nas w tym odcinku, jest połów ryb, niezmienny w swojej formie od stuleci. Rybacy
    wyciągają sieci, a potem na miejscu odbywa się segregowanie połowu - na ryby i owoce morza.

  • 30.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 20 (81) Indie "Skarby Kerali"
    Indyjski stan Kerala nie jest ...


    Indyjski stan Kerala nie jest tak popularny jak np. Goa, ale kryje wiele skarbów, takich jak kokosy, pieprz
    czy kauczuk. Robert Makłowicz opowie o nich, spacerując malowniczą nadmorską aleją wysadzaną właśnie
    palmami kokosowymi. Dzisiejszą nazwę orzechom kokosowym nadali dopiero Portugalczycy, którzy zjawili się
    tutaj w XVI wieku. Włochata skorupa orzecha przypominała im upiora z ludowych podań, zwanego Coco.
    Wcześniej Europa znała kokosy z relacji Marco Polo, który określał je łacińską nazwą Nux indica. Na rajskiej
    plaży rozebrany do pasa Suresh pokazuje, jak się otwiera orzech kokosowy. Skorupę rozłupuje się, uderzając
    orzechem o rydel wbity w ziemię. W pierwszej kolejności wypija się wodę kokosową, smaczniejsza jest ta
    z młodych orzechów. Z miąższu tłoczy się olej, a z suchych wytłoczyn produkuje wiórki kokosowe. Włókna
    służą do wyrobu lin, sznurków, szczotek, wycieraczek. Lina kokosowa, mocna i odporna na słoną wodę morską,
    była kiedyś powszechnie używana przez żeglarzy. Na tej rajskiej plaży Robert Makłowicz przyrządza miejscowe
    danie z dodatkiem mleczka kokosowego.
    Kolejny skarb Kerali to pieprz, który był kiedyś synonimem indyjskich przypraw. To głównie po pieprz
    przedzierali się przez oceany wokół Afryki Portugalczycy. Kiedy wreszcie Vasco da Gama odkrył morską drogę
    do Indii, statki portugalskie mogły wieźć do Lizbony transporty tego ziarna, którego cena w Europie była nawet
    200 - krotnie wyższa niż tutaj, w Kerali, gdzie je kupowano.
    Nadmorska aleja zaprowadziła Roberta Makłowicza do małego gaju kauczukowego. Z soku drzew kauczukowych
    otrzymuje się lateks, czyli naturalny kauczuk, kiedyś niezbędny do produkcji gumy. Ta właściwość kauczukowca
    stała się dla Europejczyków niezwykle cenna w XIX wieku, kiedy to John Dunlop wynalazł oponę pneumatyczną.
    Wówczas te drzewa rosły wyłącznie w Brazylii, byłej kolonii portugalskiej, która w XIX wieku stała się niezależną
    monarchią i zazdrośnie strzegła swojego monopolu na kauczuk. Wywóz nasion kauczukowca był surowo zabroniony.
    Dopiero podstęp Brytyjczyków, którym udało się wywieźć porcję nasion w wypchanym okazie ptaka, pozwolił
    rozwinąć uprawy kauczukowca poza Brazylią. Pierwsze plantacje, ze względu na klimat, założono w Indiach.
    Areały kauczuku w Kerali zmniejszyły się znacznie po wynalezieniu gumy syntetycznej. Wiele plantacji zostało
    zlikwidowanych. W ich miejsce założono ośrodki turystyczne. W jednym z nich o nazwie Water Scapes,
    Robert Makłowicz zatrzymał się na posiłek. W jadalni o charakterze bufetowym, stoją na stołach bemary, czyli
    podgrzewane bufetowe naczynia, a w nich cała seria dań i dodatków. Robert Makłowicz wybiera trzy dania:
    dal Thadka, curry jarzynowe i duszonego kurczaka.


  • 31.05.2022 07:10- TVP Rozrywka Podróż 20 (81) Indie "Skarby Kerali"
    Indyjski stan Kerala nie jest ...


    Indyjski stan Kerala nie jest tak popularny jak np. Goa, ale kryje wiele skarbów, takich jak kokosy, pieprz
    czy kauczuk. Robert Makłowicz opowie o nich, spacerując malowniczą nadmorską aleją wysadzaną właśnie
    palmami kokosowymi. Dzisiejszą nazwę orzechom kokosowym nadali dopiero Portugalczycy, którzy zjawili się
    tutaj w XVI wieku. Włochata skorupa orzecha przypominała im upiora z ludowych podań, zwanego Coco.
    Wcześniej Europa znała kokosy z relacji Marco Polo, który określał je łacińską nazwą Nux indica. Na rajskiej
    plaży rozebrany do pasa Suresh pokazuje, jak się otwiera orzech kokosowy. Skorupę rozłupuje się, uderzając
    orzechem o rydel wbity w ziemię. W pierwszej kolejności wypija się wodę kokosową, smaczniejsza jest ta
    z młodych orzechów. Z miąższu tłoczy się olej, a z suchych wytłoczyn produkuje wiórki kokosowe. Włókna
    służą do wyrobu lin, sznurków, szczotek, wycieraczek. Lina kokosowa, mocna i odporna na słoną wodę morską,
    była kiedyś powszechnie używana przez żeglarzy. Na tej rajskiej plaży Robert Makłowicz przyrządza miejscowe
    danie z dodatkiem mleczka kokosowego.
    Kolejny skarb Kerali to pieprz, który był kiedyś synonimem indyjskich przypraw. To głównie po pieprz
    przedzierali się przez oceany wokół Afryki Portugalczycy. Kiedy wreszcie Vasco da Gama odkrył morską drogę
    do Indii, statki portugalskie mogły wieźć do Lizbony transporty tego ziarna, którego cena w Europie była nawet
    200 - krotnie wyższa niż tutaj, w Kerali, gdzie je kupowano.
    Nadmorska aleja zaprowadziła Roberta Makłowicza do małego gaju kauczukowego. Z soku drzew kauczukowych
    otrzymuje się lateks, czyli naturalny kauczuk, kiedyś niezbędny do produkcji gumy. Ta właściwość kauczukowca
    stała się dla Europejczyków niezwykle cenna w XIX wieku, kiedy to John Dunlop wynalazł oponę pneumatyczną.
    Wówczas te drzewa rosły wyłącznie w Brazylii, byłej kolonii portugalskiej, która w XIX wieku stała się niezależną
    monarchią i zazdrośnie strzegła swojego monopolu na kauczuk. Wywóz nasion kauczukowca był surowo zabroniony.
    Dopiero podstęp Brytyjczyków, którym udało się wywieźć porcję nasion w wypchanym okazie ptaka, pozwolił
    rozwinąć uprawy kauczukowca poza Brazylią. Pierwsze plantacje, ze względu na klimat, założono w Indiach.
    Areały kauczuku w Kerali zmniejszyły się znacznie po wynalezieniu gumy syntetycznej. Wiele plantacji zostało
    zlikwidowanych. W ich miejsce założono ośrodki turystyczne. W jednym z nich o nazwie Water Scapes,
    Robert Makłowicz zatrzymał się na posiłek. W jadalni o charakterze bufetowym, stoją na stołach bemary, czyli
    podgrzewane bufetowe naczynia, a w nich cała seria dań i dodatków. Robert Makłowicz wybiera trzy dania:
    dal Thadka, curry jarzynowe i duszonego kurczaka.


  • 31.05.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 20 (82) Indie "Rozlewiska Kerali"
    Indyjski stan Kerala to przede ...


    Indyjski stan Kerala to przede wszystkim morze i słynne plaże. Ale atrakcją turystyczną są także połączone
    z morzem rozlewiska - rozległa i malownicza sieć kanałów, przypominająca deltę Dunaju. Przy brzegu można wynająć
    łódź na krótki rejs albo na kilka dni. W niektórych łodziach przycumowanych do brzegu ludzie mieszkają na stałe. Inne
    to pływające hotele. Robert Makłowicz postanowił popływać taką łodzią po kanale Backwaters niedaleko Alappuzhy. To
    świetna okazja do poznania okolicy. Klimat na rozlewiskach bardzo sprzyja wegetacji roślin, plony zbiera się tu dwa razy
    do roku. Ponieważ cały ten teren to depresja, poziom wody musi być regulowany przez człowieka. Służą do tego śluzy
    i pompy, które nawadniają i odwadniają leżące obok pola ryżowe.
    Po przypłynięciu do Alappuzhy Robert ma okazję zobaczyć miejscowy dom z ogrodem. Domostwo, do którego
    został zaproszony, ma ponad 60 lat. Na werandzie urządzono ołtarzyk ze świętymi obrazkami, zapewne mieszkają tu
    chrześcijanie. Urządzenie domu - bardzo stylowe - wykonane z drewna. Dla Roberta bardzo ciekawy jest ogród, w którym
    rosną miejscowe rośliny: drzewo curry, krzew kawowy, maniok na tapiokę, palmy kokosowe - mała i duża, pieprz
    pnący się na drzewie - matce oraz imbir.
    W miejscowości Neendakara znajduje się targ rybny. Przybijają tu kutry z połowem i od razu na miejscu odbywa się
    handel i sortowanie. Czasem zdarzają się nawet rekiny. Oprócz ryb łowi tu także krewetki i małże, zwłaszcza słodkowodne,
    bo choć rozlewiska mają połączenie z morzem, to woda w kanałach jest słodka. To zasługa lasów namorzynowych, które pochłaniają sól.
    Rozlewiska są piękne, ale dla niewtajemniczonych mogą być niebezpieczne. Tygrysów i żmij można się tu
    nie obawiać, ale bardzo groźne są komary. Ich ukąszenia mogą wywołać malarię lub dengę. Dlatego, jak twierdzi
    Robert, trzeba się smarować, najlepiej miejscowymi specyfikami.



  • 01.06.2022 07:10- TVP Rozrywka Podróż 20 (82) Indie "Rozlewiska Kerali"
    Indyjski stan Kerala to przede ...


    Indyjski stan Kerala to przede wszystkim morze i słynne plaże. Ale atrakcją turystyczną są także połączone
    z morzem rozlewiska - rozległa i malownicza sieć kanałów, przypominająca deltę Dunaju. Przy brzegu można wynająć
    łódź na krótki rejs albo na kilka dni. W niektórych łodziach przycumowanych do brzegu ludzie mieszkają na stałe. Inne
    to pływające hotele. Robert Makłowicz postanowił popływać taką łodzią po kanale Backwaters niedaleko Alappuzhy. To
    świetna okazja do poznania okolicy. Klimat na rozlewiskach bardzo sprzyja wegetacji roślin, plony zbiera się tu dwa razy
    do roku. Ponieważ cały ten teren to depresja, poziom wody musi być regulowany przez człowieka. Służą do tego śluzy
    i pompy, które nawadniają i odwadniają leżące obok pola ryżowe.
    Po przypłynięciu do Alappuzhy Robert ma okazję zobaczyć miejscowy dom z ogrodem. Domostwo, do którego
    został zaproszony, ma ponad 60 lat. Na werandzie urządzono ołtarzyk ze świętymi obrazkami, zapewne mieszkają tu
    chrześcijanie. Urządzenie domu - bardzo stylowe - wykonane z drewna. Dla Roberta bardzo ciekawy jest ogród, w którym
    rosną miejscowe rośliny: drzewo curry, krzew kawowy, maniok na tapiokę, palmy kokosowe - mała i duża, pieprz
    pnący się na drzewie - matce oraz imbir.
    W miejscowości Neendakara znajduje się targ rybny. Przybijają tu kutry z połowem i od razu na miejscu odbywa się
    handel i sortowanie. Czasem zdarzają się nawet rekiny. Oprócz ryb łowi tu także krewetki i małże, zwłaszcza słodkowodne,
    bo choć rozlewiska mają połączenie z morzem, to woda w kanałach jest słodka. To zasługa lasów namorzynowych, które pochłaniają sól.
    Rozlewiska są piękne, ale dla niewtajemniczonych mogą być niebezpieczne. Tygrysów i żmij można się tu
    nie obawiać, ale bardzo groźne są komary. Ich ukąszenia mogą wywołać malarię lub dengę. Dlatego, jak twierdzi
    Robert, trzeba się smarować, najlepiej miejscowymi specyfikami.



  • 01.06.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 22 (83) Irlandia Północna "Belfast"
    Robert Makłowicz odwiedza Belfast - ...


    Robert Makłowicz odwiedza Belfast - stolicę, a zarazem największe miasto Irlandii Północnej, leżące u ujścia
    rzeki Lagan do Morza Irlandzkiego. Na nabrzeżu wita spacerowiczów kolorowy ceramiczny posąg wielkiego łososia,
    a przed okazałym miejskim ratuszem - zbudowany w 1905 r. - posąg królowej Wiktorii.
    Osadnictwo w tych stronach rozwinęło się już w epoce brązu. W epoce nowożytnej miasto najszybciej rozwijało
    się w dobie Rewolucji Przemysłowej. W XIX wieku liczba ludności w ciągu dekady wzrastała o połowę. Belfast skutecznie
    konkurował z takimi przemysłowymi potęgami jak Manchester czy Liverpool po drugiej stronie morza. Potem przyszedł
    wiek XX, bombardowania Lufwaffe podczas II wojny światowej, powojenne zamachy bombowe IRA, odwetowe zamachy
    i akty przemocy ze strony protestanckich lojalistów.
    Walkę o niepodległość Irlandczycy rozpoczęli na początku XX w. Jednym z jej etapów był podpisany w 1921 r.
    podział na brytyjską Północ i republikańską resztę wyspy. Od tego właśnie podziału zaczął się jeden z najdłużej trwających konfliktów nowoczesnej Europy. Po porozumieniu zawartym w Wielki Piątek 1998 roku (Good Friday Agrement) w mieście
    nie słychać już strzałów i huku bomb. Do Belfastu powrócił spokój, a w rzece Lagan, dawniej mocno zanieczyszczonej,
    pływają jak dawniej łososie. Miasto znów jest dumne i pewne swojej przyszłości. Turyści z całego świata nadrabiają
    zaległości poprzednich dekad i ściągają tu tłumnie. Atutem są względnie niskie ceny. Jedną z największych sobotnich
    atrakcji jest Targ Świętego Jerzego. Robert zatrzymuje się w dziale rybnym. Pewnie zastanawia się, co wybrać: solę
    z Dover, żabnicę, węgorza czy owoce morza, które są atrakcją w miejscowych restauracjach.
    Konflikt między unionistami i republikanami znalazł swoje odbicie w sztuce. Protestanci na ścianach swoich
    domów malowali murale już 100 lat temu, katolicy zaczęli to robić w latach 80. Dzielnicę protestancką od katolickiej
    odgradzał dawniej 8 - kilometrowy wysoki mur. Dziś bramy są otwarte, a wysoka ściana nosi nazwę Muru Pokoju i jest
    już tylko atrakcją turystyczną. Belfast jest idealnym przykładem historii z happy endem. Na jednym ze ściennych malowideł
    ubrana na zielono dziewczynka, katoliczka, i chłopiec w niebieskim stroju, protestant, podają sobie ręce. Napis głosi:
    Nigdy więcej bomb, kul, zabójstw!
    Przy Falls Road, na chodniku pod ścianą z muralami Robert gotuje główne danie odcinka: kotlety wieprzowe
    z jabłkami w sosie z cydru i musztardy gruboziarnistej. A potem w ramach deseru odwiedza słynny sklep cukierniczy
    U Cioci Sandry. Akurat ktoś kupuje cukierki rabarbarowe. Przed sklepem parkuje firmowa ciężarówka, wzbudzająca
    entuzjazm najmłodszych mieszkańców miasta. Na zapleczu odbywa się właśnie produkcja lizaków i landrynek. To
    najprawdziwsza manufaktura w dawnym stylu.
    Z Belfastu pochodził jeden z największych geniuszy piłkarskich wszechczasów, George Best. Reprezentant
    Irlandii Północnej, przez 12 lat napastnik MU, strzelił mnóstwo pięknych goli. Hulaka i król życia. Nie zwolnił tempa nawet
    po przeszczepie wątroby. Zapytany, co zrobił z wielkimi pieniędzmi, które zarobił, odpowiedział: część wydałem na kobiety,
    szybkie samochody i whiskey, a resztę zwyczajnie przepuściłem. Robert ogląda jego dom rodzinny. Po śmierci legendarnego piłkarza do obiegu wszedł banknot 5 - funtowy z jego podobizną. Jego imieniem nazwano też miejscowe lotnisko.

  • 02.06.2022 07:05- TVP Rozrywka Podróż 22 (83) Irlandia Północna "Belfast"
    Robert Makłowicz odwiedza Belfast - ...


    Robert Makłowicz odwiedza Belfast - stolicę, a zarazem największe miasto Irlandii Północnej, leżące u ujścia
    rzeki Lagan do Morza Irlandzkiego. Na nabrzeżu wita spacerowiczów kolorowy ceramiczny posąg wielkiego łososia,
    a przed okazałym miejskim ratuszem - zbudowany w 1905 r. - posąg królowej Wiktorii.
    Osadnictwo w tych stronach rozwinęło się już w epoce brązu. W epoce nowożytnej miasto najszybciej rozwijało
    się w dobie Rewolucji Przemysłowej. W XIX wieku liczba ludności w ciągu dekady wzrastała o połowę. Belfast skutecznie
    konkurował z takimi przemysłowymi potęgami jak Manchester czy Liverpool po drugiej stronie morza. Potem przyszedł
    wiek XX, bombardowania Lufwaffe podczas II wojny światowej, powojenne zamachy bombowe IRA, odwetowe zamachy
    i akty przemocy ze strony protestanckich lojalistów.
    Walkę o niepodległość Irlandczycy rozpoczęli na początku XX w. Jednym z jej etapów był podpisany w 1921 r.
    podział na brytyjską Północ i republikańską resztę wyspy. Od tego właśnie podziału zaczął się jeden z najdłużej trwających konfliktów nowoczesnej Europy. Po porozumieniu zawartym w Wielki Piątek 1998 roku (Good Friday Agrement) w mieście
    nie słychać już strzałów i huku bomb. Do Belfastu powrócił spokój, a w rzece Lagan, dawniej mocno zanieczyszczonej,
    pływają jak dawniej łososie. Miasto znów jest dumne i pewne swojej przyszłości. Turyści z całego świata nadrabiają
    zaległości poprzednich dekad i ściągają tu tłumnie. Atutem są względnie niskie ceny. Jedną z największych sobotnich
    atrakcji jest Targ Świętego Jerzego. Robert zatrzymuje się w dziale rybnym. Pewnie zastanawia się, co wybrać: solę
    z Dover, żabnicę, węgorza czy owoce morza, które są atrakcją w miejscowych restauracjach.
    Konflikt między unionistami i republikanami znalazł swoje odbicie w sztuce. Protestanci na ścianach swoich
    domów malowali murale już 100 lat temu, katolicy zaczęli to robić w latach 80. Dzielnicę protestancką od katolickiej
    odgradzał dawniej 8 - kilometrowy wysoki mur. Dziś bramy są otwarte, a wysoka ściana nosi nazwę Muru Pokoju i jest
    już tylko atrakcją turystyczną. Belfast jest idealnym przykładem historii z happy endem. Na jednym ze ściennych malowideł
    ubrana na zielono dziewczynka, katoliczka, i chłopiec w niebieskim stroju, protestant, podają sobie ręce. Napis głosi:
    Nigdy więcej bomb, kul, zabójstw!
    Przy Falls Road, na chodniku pod ścianą z muralami Robert gotuje główne danie odcinka: kotlety wieprzowe
    z jabłkami w sosie z cydru i musztardy gruboziarnistej. A potem w ramach deseru odwiedza słynny sklep cukierniczy
    U Cioci Sandry. Akurat ktoś kupuje cukierki rabarbarowe. Przed sklepem parkuje firmowa ciężarówka, wzbudzająca
    entuzjazm najmłodszych mieszkańców miasta. Na zapleczu odbywa się właśnie produkcja lizaków i landrynek. To
    najprawdziwsza manufaktura w dawnym stylu.
    Z Belfastu pochodził jeden z największych geniuszy piłkarskich wszechczasów, George Best. Reprezentant
    Irlandii Północnej, przez 12 lat napastnik MU, strzelił mnóstwo pięknych goli. Hulaka i król życia. Nie zwolnił tempa nawet
    po przeszczepie wątroby. Zapytany, co zrobił z wielkimi pieniędzmi, które zarobił, odpowiedział: część wydałem na kobiety,
    szybkie samochody i whiskey, a resztę zwyczajnie przepuściłem. Robert ogląda jego dom rodzinny. Po śmierci legendarnego piłkarza do obiegu wszedł banknot 5 - funtowy z jego podobizną. Jego imieniem nazwano też miejscowe lotnisko.

  • 02.06.2022 19:00- TVP Rozrywka Podróż 22 (84) Irlandia Północna "Kierunek Atlantyk"
    W tym odcinku Robert Makłowicz ...


    W tym odcinku Robert Makłowicz podróżuje po Irlandii Północnej, po hrabstwie Antrim. Chce dotrzeć na północ
    wyspy, nad sam Atlantyk, do miasta Derry/Londonderry. Trasa prowadzi wzdłuż Morza Irlandzkiego, które tu zwane jest
    Kanałem Północnym. Jedzie autobusem po Antrim Coast Road, która została zbudowana w latach 30. XIX wieku. Wyrąbano
    ją w bazaltowych klifach za pomocą ładunków wybuchowych. Po drodze mija polodowcowe wzgórza, zielone nawet zimą,
    i urokliwe nadmorskie miasteczka. Jedno z nich, Glenarm, to prawdziwa perełka. Leży nad rzeką Glen i jest z siedzibą
    rodu McDonnell. Prawie wszystko wygląda tu jak przed wiekami: mury, wieża i dwuskrzydłowa brama o nazwie Barbican
    Gate, która wiedzie do zamku. Dziś jest tu hotelik prowadzony przez fundację zajmującą się odnową zabytków. Sama
    budowla, z czterema narożnymi wieżami, przypomina londyńską Tower. W romantycznej wieży można wynająć pokoje
    i poczuć się jak dawni hrabiowie Antrim. Ród Antrim przybył ze Szkocji w XVII wieku. Pejzaż przed zamkiem jest jak "piękny
    sen golfisty": gładka zieleń i gdzieniegdzie stare celtyckie dęby. Przyzamkowe ogrody pełniły niegdyś funkcję bardzo
    praktyczną: dostarczały warzyw na pałacowy stół. Uprawiano tu rzepę, rzodkiew, buraki i ziemniaki. Dziś na grządkach
    rosną przeważnie kwiaty, ale Robertowi Makłowiczowi udaje się znaleźć skrawek ogrodów, gdzie rośnie jeszcze coś,
    co można włożyć do garnka. Drzewka laurowe, szczypior i kwitnący rozmaryn.
    Kolejne miasteczko na trasie nosi nazwę Carnlough. Jest tu nieduży, ale za to urokliwy port rybacki. Jednak to nie
    z rybami kojarzy się miejscowym ta nazwa. Właścicielką tych terenów przed wojną była babka Winstona Churchilla. Należały
    do niej również okoliczne wzgórza i kamieniołomy wapienia. Wysyłany stąd do Wielkiej Brytanii, używany był jako cenny
    budulec i składnik farb. Do rodziny Churchilla należał też hotel Londonderry Arms, gdzie przy kominku siadywał Sir Winston
    z nieodłącznym cygarem i szklaneczką brandy. W hotelowej restauracji Robert spożywa bułeczkę typu scone z masłem,
    śmietaną i dżemem oraz kawą po irlandzku, a na wybrzeżu, w pobliżu skał, na których roztrzaskały się w XVI wieku niedobitki hiszpańskiej Wielkiej Armady, smakosz z Krakowa przyrządza zupę porową z owsianką i kiełbaskami wieprzowymi. Na deser
    zaś proponuje miasto Derry lub Londonderry i jego burzliwe dzieje.
    Dwie nazwy miasta dobrze oddają jego historię i późniejsze wynikające z niej komplikacje. Derry lub Londonderry
    to drugie co do wielkości miasto Irlandii Północnej, położone nad rzeką Foyle. Historyczna część miasta jest opasana świetnie zachowanymi murami obronnymi. Geneza miasta jest katolicka, ale w początkach XVII wieku król Jakub I Stuart zaczął
    osiedlać tu protestantów, głównie ze Szkocji. To oni wznieśli stare miasto w dzisiejszym kształcie, a ponieważ czuli się
    mocno związani z koroną angielską, zmienili nazwę Derry na Londonderry. Jeśli dziś zapytać kogoś z miejscowych, skąd
    pochodzi, od razu będzie wiadomo, czy mieszka w dzielnicy katolickiej, czy protestanckiej. Historia tak się potoczyła, że
    protestanci byli w mieście liczniejsi i bardziej zamożni. Wytworzył się wyraźny podział: bogate Londonderry na wzgórzu,
    a za murami, w dole, robotnicze dzielnice Derry. Taka sytuacja musiała prowokować konflikty. Nasiliły się one w latach 20.
    XX wieku, po podziale wyspy na brytyjską północ i republikańską resztę. W 1949 roku przyjęty przez parlament brytyjski
    Ireland Act stanowił, że Irlandia Północna będzie częścią UK, dopóki taka będzie wola większości jej mieszkańców,
    a większość była probrytyjska. I tak jest do dziś.

  • 03.06.2022 07:10- TVP Rozrywka Podróż 22 (84) Irlandia Północna "Kierunek Atlantyk"
    W tym odcinku Robert Makłowicz ...


    W tym odcinku Robert Makłowicz podróżuje po Irlandii Północnej, po hrabstwie Antrim. Chce dotrzeć na północ
    wyspy, nad sam Atlantyk, do miasta Derry/Londonderry. Trasa prowadzi wzdłuż Morza Irlandzkiego, które tu zwane jest
    Kanałem Północnym. Jedzie autobusem po Antrim Coast Road, która została zbudowana w latach 30. XIX wieku. Wyrąbano
    ją w bazaltowych klifach za pomocą ładunków wybuchowych. Po drodze mija polodowcowe wzgórza, zielone nawet zimą,
    i urokliwe nadmorskie miasteczka. Jedno z nich, Glenarm, to prawdziwa perełka. Leży nad rzeką Glen i jest z siedzibą
    rodu McDonnell. Prawie wszystko wygląda tu jak przed wiekami: mury, wieża i dwuskrzydłowa brama o nazwie Barbican
    Gate, która wiedzie do zamku. Dziś jest tu hotelik prowadzony przez fundację zajmującą się odnową zabytków. Sama
    budowla, z czterema narożnymi wieżami, przypomina londyńską Tower. W romantycznej wieży można wynająć pokoje
    i poczuć się jak dawni hrabiowie Antrim. Ród Antrim przybył ze Szkocji w XVII wieku. Pejzaż przed zamkiem jest jak "piękny
    sen golfisty": gładka zieleń i gdzieniegdzie stare celtyckie dęby. Przyzamkowe ogrody pełniły niegdyś funkcję bardzo
    praktyczną: dostarczały warzyw na pałacowy stół. Uprawiano tu rzepę, rzodkiew, buraki i ziemniaki. Dziś na grządkach
    rosną przeważnie kwiaty, ale Robertowi Makłowiczowi udaje się znaleźć skrawek ogrodów, gdzie rośnie jeszcze coś,
    co można włożyć do garnka. Drzewka laurowe, szczypior i kwitnący rozmaryn.
    Kolejne miasteczko na trasie nosi nazwę Carnlough. Jest tu nieduży, ale za to urokliwy port rybacki. Jednak to nie
    z rybami kojarzy się miejscowym ta nazwa. Właścicielką tych terenów przed wojną była babka Winstona Churchilla. Należały
    do niej również okoliczne wzgórza i kamieniołomy wapienia. Wysyłany stąd do Wielkiej Brytanii, używany był jako cenny
    budulec i składnik farb. Do rodziny Churchilla należał też hotel Londonderry Arms, gdzie przy kominku siadywał Sir Winston
    z nieodłącznym cygarem i szklaneczką brandy. W hotelowej restauracji Robert spożywa bułeczkę typu scone z masłem,
    śmietaną i dżemem oraz kawą po irlandzku, a na wybrzeżu, w pobliżu skał, na których roztrzaskały się w XVI wieku niedobitki hiszpańskiej Wielkiej Armady, smakosz z Krakowa przyrządza zupę porową z owsianką i kiełbaskami wieprzowymi. Na deser
    zaś proponuje miasto Derry lub Londonderry i jego burzliwe dzieje.
    Dwie nazwy miasta dobrze oddają jego historię i późniejsze wynikające z niej komplikacje. Derry lub Londonderry
    to drugie co do wielkości miasto Irlandii Północnej, położone nad rzeką Foyle. Historyczna część miasta jest opasana świetnie zachowanymi murami obronnymi. Geneza miasta jest katolicka, ale w początkach XVII wieku król Jakub I Stuart zaczął
    osiedlać tu protestantów, głównie ze Szkocji. To oni wznieśli stare miasto w dzisiejszym kształcie, a ponieważ czuli się
    mocno związani z koroną angielską, zmienili nazwę Derry na Londonderry. Jeśli dziś zapytać kogoś z miejscowych, skąd
    pochodzi, od razu będzie wiadomo, czy mieszka w dzielnicy katolickiej, czy protestanckiej. Historia tak się potoczyła, że
    protestanci byli w mieście liczniejsi i bardziej zamożni. Wytworzył się wyraźny podział: bogate Londonderry na wzgórzu,
    a za murami, w dole, robotnicze dzielnice Derry. Taka sytuacja musiała prowokować konflikty. Nasiliły się one w latach 20.
    XX wieku, po podziale wyspy na brytyjską północ i republikańską resztę. W 1949 roku przyjęty przez parlament brytyjski
    Ireland Act stanowił, że Irlandia Północna będzie częścią UK, dopóki taka będzie wola większości jej mieszkańców,
    a większość była probrytyjska. I tak jest do dziś.

  • 03.06.2022 18:55- TVP Rozrywka Podróż 22 (85) Irlandia Północna "Tropem legend"
    W Irlandii Północnej wciąż żywa ...


    W Irlandii Północnej wciąż żywa jest legenda Titanica, największego w swoim czasie liniowca świata zbudowanego
    w Belfaście, w stoczni Harland & Wolff na początku XX wieku. Stocznia ta wypuściła aż trzy ogromne liniowce pasażerskie:
    Olympic, Gigantic i największy z nich Titanic. Wszystkie miały pecha: Olympic już w pierwszym roku żeglugi miał kolizję
    z inną jednostką i musiał wracać na naprawę do Belfastu. Co się stało z Titanikiem, wiadomo. Z kolei Gigantic, który po
    tragedii Titanica zmienił nazwę na Britannic, w I wojnie światowej pływał jako statek szpital. W 1916 r. niemiecka mina
    posłała go na dno Morza Egejskiego.
    Po Titanicu zostało wiele pamiątek, m. in. menu ostatniej kolacji, jaką podano w I klasie wieczorem przed zatonięciem
    statku. Składała się z dziewięciu dań. Jednym z nich była zupa z pęczaku. Miejscowa restauracja specjalizuje się
    w odtwarzaniu jadłospisu z legendarnego liniowca. Na nabrzeżu, przy kabestanie z widokiem na stację pomp, Robert,
    w asyście szefa tutejszej restauracji, gotuje zupę krem z kaszy jęczmiennej, doprawianą śmietaną i irlandzką whisky.
    Kolejną irlandzką legendą jest jabłeczny cydr, doskonały napój niskoalkoholowy, będący chlubą krajów celtyckich.
    W okolicach Armagh Robert odwiedza wytwórnię tego napoju. W sali degustacji stoją pod ścianami zbiorniki, a na stołach
    butelki z gotowymi wyrobami. Robert objaśnia proces produkcji cydru: krojenie, wyciskanie soku, filtrowanie, fermentacja, dojrzewanie. Pokazuje dwa rodzaje gotowego cydru: z jabłek zielonych i czerwonych.
    W miasteczku Enniskillen poznajemy kolejną irlandzką legendę, słynny w całym regionie czarny bekon, czyli surowy
    bekon dojrzewający. Robi się go z mięsa świń hodowanych metodą wolnego wybiegu, w sposób organiczny bez użycia
    fosfatów i nitratów, które w wielkoprzemysłowym bekonie można łatwo wykryć, bo podczas smażenia pozostawiają na
    patelni białą pianę i osad.
    Jedną z najstarszych i najważniejszych w Irlandii jest legenda świętego Patryka. Ten chrześcijański misjonarz
    nie był Irlandczykiem; przybył na wyspę z Anglii lub Walii. Spędził tu resztę życia i dokonał wielkiej rzeczy: zastał Irlandię
    pogańską, a zostawił chrześcijańską. Święty Patryk jest patronem wszystkich Irlandczyków, niezależnie od ich pochodzenia
    i wyznawanej religii. Dobrze widać to mieście w Armagh, siedzibie irlandzkiego prymasa, gdzie stoją dwie katedry pod
    wezwaniem św. Patryka, jedna katolicka, druga protestancka. Nie znamy daty narodzin świętego Patryka. Pewna jest
    data jego śmierci: 17 marca 461 roku. Pochowano go w Downpatrick.
    17 marca to największe święto Irlandczyków. Jak głosi legenda, Patryk surowo skarcił kiedyś szynkarkę, która podawała
    klientom niepełne miarki whisky. Na pamiątkę tamtego zdarzenia w Dniu Świętego Patryka Irlandczycy wznoszą toasty szklaneczkami napełnionymi jak należy. Nie dlatego, żeby mieli jakieś szczególne upodobanie do konsumpcji mocnych
    trunków. Są tylko wierni tradycji świętego Patryka.
    Hillsborough to jedno z bardziej urokliwych miasteczek Irlandii Północnej, leży niecałe 20 km od Belfastu,
    w hrabstwie Down. Na placu przed pałacem Willisa Hilla, w stylowym budynku starej poczty jest dziś siedziba miejskiego
    ratusza. Co roku we wrześniu odbywa się w miasteczku słynny międzynarodowy festiwal ostryg i przegrzebków, na który
    ściągają z całego świata smakosze owoców morza.
    W Hillsborough trzeba koniecznie odwiedzić Plough Inn, tradycyjny irlandzki pub, w którym bywał James Joyce.
    Robert zamawia tu owoce morza: ostrygi oraz małże św. Jakuba w sosie holenderskim. To także jedna z irlandzkich legend,
    która będzie trwać.

stacja telewizyjna
typ programu
podkategoria program
pierwsza emisja
11.05 07:20